Shinkansenem do Kanazawy

W zeszłym roku doprowadzono linię shinkansen na Hokkaido, w pobliże Hakodate. Ciekawe, że kolejnych 8 lat zająć ma jej dociągnięcie do Sapporo – na razie dojeżdża się tam „zwykłym” ekspresem. Korzystając więc z okazji (oraz z Japan Rail Pass – swego rodzaju biletu okresowego na wszystkie pociągi Japan Rail) wsiadamy do mogącego pędzić 260 km/h pojazdu, w piętnaście minut pokonujemy tunelem cieśninę pomiędzy Hokkaoido i Honshu, po czterech godzinach jazdy, przesiadamy się pod Tokio na kolejny shinkansen i po kolejnych dwóch i pół godzinach jesteśmy w Kanazawie, czyli na północnym wybrzeżu środkowego Honshu (rzut oka na mapę może okazać się niezbędny!). Warto w tym miejscu wspomnieć, że w japońskich pociągach panuje cisza, i to zarówno w shinkansenach, jak i podmiejskich, a nawet w metrze. Nikt nie rozmawia przez komórkę, nikt nie odzywa się głośno, ba – nawet szept rzadko słychać. Pasażerowie za to lekko przysypiają, najwyraźniej chcąc sobie zrekompensować wcześną pobudkę, długie godziny spędzone w szkole czy pracy (w Japonii pracuje się długo, ale mało efektywnie – o tym jednak innym razem), a także okraszony popracową popijawą późny powrót do domu. Można więc w pociągu się zrelaksować i wcale nie potrzeba zakładać do tego stoperów czy słuchawek.

Do Kanazawy dojechaliśmy więc wypoczęci późnym popołudniem i starczyło nam jeszcze czasu, by rzucić okiem na miasto, które okazało się być zaskakująco „hip”. Dzielnica w której mieszkamy – Katamachi – pełna jest małych sklepików z ciuchami, butami, drobnymi duperelami itp. Wszystko z lekko alternatywnym sznytem, więc po krótkim namyśle Ani udaje się kupić kaszmirowy berecik, a ja niemal stałem się właścicielem japońskiego winylowego wydania drugiej płyty Discharge (okazało się wszakże, że półka którą eksplorowałem należy do właścicielki i nie jest na sprzedaż…). Cały dzień niestety padało, i to tak, że rozważaliśmy zakup drugiego parasola – fajne są, w miarę wytrzymałe, z przezroczystego plastiku zamiast materiału jak w Europie, i tylko po 500 jenów. Szybko więc schowaliśmy się w barze, a potem w hotelu. Następnego dnia było już o tyle lepiej, że nie padało, ale zachmurzenie było pełne, więc spacer po typowych atrakcjach japońskiego miasta (muzeum sztuki nowoczesnej, ogród, zamek, dzielnica gejsz) odbyliśmy w tempie szybszym od spacerowego, nie dostrzegając zbyt wielu okazji do zrobienia zdjęć.

Te pojawiły się dopiero pod dachem, w muzeum fonografów. Ekspozycja obejmuje część liczącej kilkaset sztuk kolekcji fonografów zagranicznych i japońskich – większość sprawnych, a największą frajdą jest demonstracja możliwości tych urządzeń, oczywiście z użyciem starych (a więc ponadpółcentymetrowej grubości) płyt. Jest niesamowite jak te urządzenia mogą działać po tylu latach i jaką jakość (i głośność) dźwięku dają, choć napędzane są korbką. Ania chciała sprawdzić, ale powiedziała, że nic nie było widać:

Dopiero we wtorek rano pogoda zrobiła się „zdjęciowa”. Wykorzystaliśmy to na dokumentację imprezowej dzielnicy Kanazawy. Nie umknął naszej uwadze akcent słowiański w postaci lokalu po czeskiej gospodzie z mało atrakcyjnym najwyraźniej (bo chyba dawno już wydali tam ostatniego pilsnera) menu:

A teraz do Kyoto!

Wschodnie Hokkaido

Na wschód od Sapporo gaijin, czyli biali ludzie, rzadko się zapuszczają. Tym większą jesteśmy atrakcją dla Japończyków, a bariera językowa nie jest dla nich żadnym utrudnieniem. Zawsze można przecież zadzwonić po siostrę z mężem, którzy w te pędy przybiegną do lokalu, gdzie akurat zatrzymaliśmy się po drodze, żeby coś przekąsić. I zaczynają się pytania, a skąd, a dokąd, a ile czasu, hohoho. Inna sprawa, że nawet z „tłumaczem” trzeba się skupić, bo o ile z polską wymową Japończycy radzą sobie nienajgorzej (przetestowane), to z angielską jest gorzej. Najczęściej zamieniają „l” z „r” (Polska to „Porando”), a słowo „sightseeing” trzeba mi powtarzać pięć razy, żebym zrozumiał.

Wschód wyspy o tej porze roku to intensywnie żółty kolor modrzewi, które lada tydzień zrzucą igły. Inne drzewa częściowo liście już zrzuciły, gdzieniegdzie czerwieni się jakiś klon, trawa też zżółkła, jednym słowem późna jesień, bardzo malownicza:

Im bardziej na wschód tym mniej ludzi i więcej dzikich zwierząt. Wyspę zamieszkuje 3000 niedźwiedzi higuma, podobnych do grizzly. Specjalnie na tę okoliczność kupiliśmy dzwonek odstraszający misie, choć pewnie o tej porze roku kładą się już one spać, a poza tym liczba ataków na ludzi w ostatnim czasie zmalała do jednego-dwóch rocznie, a ofiar śmiertelnych było raptem 30 w ostatnich 50 latach. Nieśmiało przypuszczam, że może to mieć związek z istotnym spadkiem populacji niedźwiedzi…

Niedźwiedzi więc nie widzieliśmy, za to dużo jeleni, różnych ptaków drapieżnych, a także będących symbolem Japonii żurawi. W tym celu wybraliśmy się na dwa dni do położonej w sąsiedztwie parku narodowego Kushiro Shutsigen wioski Tsurui (na liście „100 najładniejszych wsi japońskich”, tu uwielbiają takie listy!). Z żurawiami wiąże się ciekawa historia, bo sto lat temu już się wydawało, że Japończycy wszystkie wytępili, kiedy na tutejszych bagnach odnaleziono ostatnie stado liczące 20 sztuk. Zaczęto na nie chuchać, dokarmiać je i obecnie populacja liczy ponad 1000 sztuk, z czego widzieliśmy pewnie z 15%.

W przeciwieństwie do żurawi wytępić, a raczej zasymilować, udało się za to w Japonii autochtonną ludność Hokkaido, tj. Ainu. Wraz z rozpoczęciem epoki Meiji Hokkaido było zasiedlane i zagospodarowywane przez Japończyków z południa, a rząd aż do początku obecnego wieku (!) nie uznawał istnienia jakiejkolwiek mniejszości etnicznej. Odrębność Ainu została potwierdzona przez parlament dopiero w 2008 roku, ale lata represji i asymilacji zrobiły swoje. Dziś styczność z Ainu można mieć w mocno sfolkloryzowanych wioskach dla turystów, w sklepach z lokalnym rękodziełem, gdzie jednak pomimo szczerych chęci nic nie udało się nam wybrać.

Ostatni dzień na Hokkaido spędziliśmy w Hakodate, miescie, które zawdzięcza swe powstanie wspomnianej erze Meiji. Unowocześnianie Japonii – oprócz eksploatacji Hokkaido – znalazło odzwierciedlenie między innymi w bardziej zażyłych kontaktach z krajami obcymi, czego dowody można do dziś oglądać w położonej na zboczu kameralnej, starej części liczącego 150 lat miasta. Jeden z ładniejszych budynków to dawny konsulat brytyjski, jest cmentarz „zagraniczny”, są też świątynie różnych religii, z których największe wrażenie robi cerkiew (acz nie umknął naszej uwadze kościół katolicki z celtyckim krzyżem na szczycie wieży!!!).

Położone niedaleko dawne magazyny portowe zostały ostatnio zrewitalizowane oraz zamienione w sklepy i restauracje. Po 20 okolica raczej jednak nie tętni życiem. Ale budynki z czerwonej cegły z reguły wyglądają fotogenicznie i tak jest tutaj, zwłaszcza jesienią:

W niedzielę żegnamy północną wyspę i z wykorzystaniem shinkansena udajemy się bardziej na południe.

Zima w Asahidake

Oprócz spacerów i robienia zdjęć wtorkowe popołudnie spędziliśmy na – jak się ostatecznie okazało skutecznych – próbach nabycia lokalnej karty sim (ale nie na rozmowy i smsy – takie luksusy tylko dla rezydentów! obcokrajowcy mogą korzystać tylko z internetu), wypożyczenia samochodu i odbioru opóźnionego bagażu. We wszystkich przypadkach istotną przeszkodą okazywała się być nieznajomość języków, żeby być sprawiedliwym, zarówno angielskiego przez Japończyków, jak i japońskiego przez Polaków. Ale z pomocą Google Translatora, a także tłumacza w centrali wypożyczalni aut, wszystko udało się skutecznie, co nie znaczy wcale sprawnie, załatwić. Ostatecznie tysiąc ukłonów i uśmiechów pozwoliło naszym kontrahentom wyjść z opisanych sytuacji z twarzą – zdaje się że zgodnie z tutejszą kulturą. Ostatecznie więc zamiast wczesnego popołudnia, późnym popołudniem wyjechaliśmy w kierunku gór, z coraz większym zdumieniem obserwując spadającą po drodze temperaturę, zalegający tu i ówdzie śnieg oraz kolorowe drzewa liściaste ustępujące miejsca wciąż zielonym iglastym. Jak już dojechaliśmy na miejsce to było ciemno, zimno i śniegu zmrożonego po kostki. Nie tego spodziewaliśmy się kilka godzin jazdy od obfotografowanego w poprzednim poście Sapporo, ale w końcu Asahidake Onsen znajduje się na wysokości 1100 metrów nad morzem, u podnóża góry Asahi-dake, gdzie śnieg leży prawie 9 miesięcy w roku. Ze względu na opady sprzed kilku dni musieliśmy się powstrzymać od wejścia na liczący prawie 2300 metrów najwyższy szczyt Hokkaido, zadowalając się brodzeniem w śniegu gdzieś między 1600 i 1800 metrów npm. Niewątpliwie dużą pomocą była w tym kolejka linowa, która pozwoliła sprawnie pokonać pierwsze 500 metrów od podnóża góry. Później już tylko chodziliśmy pomiędzy zamarzniętymi jeziorkami i buchającymi kłębami dymu (Asahi-dake to czynny wulkan), jakichś dwóch śmiałków ruszyło na samą górę, a większość Japończyków, którzy wyjechali z nami, nie ruszyła się na więcej niż 300 metrów od górnej stacji kolejki, pomimo tego że wszyscy wyposażeni byli w wypasione terenowe kalosze, oczywiście marki Bridgestone :) taki lokalny patriotyzm gospodarczy. Krajobrazy krajobrazami, ale więcej przyjemności dla ciała jest jednak w onsenie, czyli gorących basenach, z których słynie tak cała Japonia, jak i nasza miejscowość. System jest skomplikowany na pierwszy rzut oka i przydaje się znajomość etykiety (każdy etap przygotowań wymaga innego stroju, a etap finalny, czyli kąpiel – wręcz braku stroju), umiejętności rozróżniania koloru zielonego od czerwonego (żeby nie wejść do części przeznaczonej dla innej płci), ale przede wszystkim – zachowania higieny. Sam widziałem jak Japończycy na przemian trzy razy się myli i wycierali do sucha, by w ten sposób zademonstrować współtowarzyszom kąpieli swą czystość. Muszę przyznać, że dało mi do myślenia, że następnie weszli do innego basenu, niż ten mój, a następnie zmieniali miejsca kąpieli w ślad za mną, nigdy jednak nie wchodząc do wody, a której siedziałem… W naszym hotelu jest nie tylko onsen i pokoje z tatami na ziemi, ale i tradycyjna restauracja, w której dziś zarówno śniadanie, jak i obiad zaserwowano nam w dziesięciu chyba daniach, ale o szczegółach Ania napisze więcej za parę dni, jak tylko zgromadzimy więcej materiału dowodowego.

Warszawa – Pekin – Sapporo

Zaczęło się od zapowiadanych na niedzielę (dzień naszego przylotu) w Tokio opadów deszczu. Prognozowane 15 centymetrów to 1/10 całorocznej dawki opadów. LOT opóźnił więc wylot z Warszawy o cztery godziny, by przeczekać ulewę, co w naszym przypadku oznaczało, że nie zdążylibyśmy się przesiąść na samolot do Sapporo (bo od Hokkaido zaczynamy nasz wyjazd). Alternatywą okazał się lot przez Pekin z przesiadką na samolot Air China już do Sapporo. Półtorej godziny na lotnisku w stolicy Chin – wydawałoby się, że wystarczy, przecież w Dusseldorfie wystarcza 40 minut… Nie mieliśmy więc większych obaw wyruszając w drogę.

Samolot nabrał jednak po drodze piętnastominutowego opóźnienia i na przesiadkę zostało nam 75 minut. A tu kontrola paszportowa – 30 osób do jednego okienka. Kontrola bezpieczeństwa – 40 osób przed nami, w dodatku do listy zakazanych przedmiotów, które należy wyciągać z bagażu na tackę dochodzą w Chinach ładowarki i wszelkie kable, a nawet automatyczny ołówek, co wydłuża proces. Na koniec kilkusetmetrowy trucht na koniec terminala, do jednego z ostatnich stanowisk, i wchodzimy na „last call” do samolotu, martwiąc się tylko o bagaż. Obawy zmniejszają się jednak z czasem, bo samolot stoi i stoi, rusza dopiero pół godziny później. Na pewno zdążyli.

A jednak nie zdążyli. W Sapporo przy taśmach z bagażem czeka pani z moim nazwiskiem na kartce i mówi smutnym głosem, że jednak się nie udało. W sumie mało nas to dziwi, biorąc pod uwagę bałagan, jaki widzieliśmy w Pekinie… Plecak ma dolecieć jutro, a my z bagażem podręcznym, cienkimi kurtkami i bez parasoli ruszamy w miasto, gdzie temperatura właśnie spadła do 5 stopni, zacina śnieg z deszczem, a na ulicach zalega na wpół roztopiona breja. Jednak dość szybko udało się znaleźć pocieszenie w postaci ramenu, ogromnych grillowanych krabów, a także napitku w lokalu firmowym destylarni Nikka:

Na szczęście dziś pogoda była już o niebo lepsza, więc kilka godzin w oczekiwaniu na zgubę spędziliśmy spacerując po Sapporo i spędzając czas w sposób typowy dla lokalnej populacji, tj. oglądając i fotografując takie widoki: