|
Singapur 8.3.2008 12:08 GMT+1
|
Na koniec - tym razem juz zgodnie z planem i nigdzie nie zbaczajac - robimy sobie wlasnie wypas w Singapurze:) Przyjechalismy tu w czwartek rano pociagiem z Kuala Lumpur i od razu - a jakze, udalismy sie do dworcowej chlewni, ktora Ania opisala juz wczesniej w Kulinariach. I tak zreszta trzeba bylo przeczekac straszna ulewe, ktora zaczela sie wraz z naszym wjazdem na terytorium Singapuru.
Singapur wydaje sie byc bardzo przyjemnym miejscem do pracowania i mieszkania. Pelno zieleni, ogolnostepne parki, trasy biegowe. Nowoczesna komunikacja miejska, zreszta korkow wielkich tez nie widzielismy. Dosc kompaktowe - jak na taka wielkosc miasta - centrum finansowe. Az czlowieka nachodza mysli, czy nie porzucic Warszawy wlasnie na rzecz tego miasta-panstwa.
W Singapurze nie mozna sie tez nudzic - chyba, ze mieszka sie tu naprawde na stale - wtedy po jakims czasie zostaje tylko rozrywka w supernowoczesnych centrach handlowych. Ale jest wiele innych atrakcji - muzea wygladaja bardzo przystepnie, niestety tylko przebieglismy kolo nich z braku czasu. Bylismy na wyspie Sentosa - przerobionej na kompleks rekreacyjny z plazami, barami, oceanarium, torem saneczkowym i niewiadomo czym jeszcze... Bylismy tez w zoo - i na "night safari" - jesli komus sie wydaje, ze to dobre tylko dla dzieci, to mocno sie myli. Zwierzeta sa zgromadzone na ogromnej przestrzeni, niektore w ogole bez siatek, czy krat. Niektore chodza prawie luzem, jak niektore malpy, albo male jelonki (rusa ticus) - dokladnie te znane z "Krola szczurow" Clavella (udka ze olbrzymich szczurow w obozie jenieckim w czasie II wojny swiatowej sprzedawano wlasnie jako udzce rusa ticusa:)) Byly tez biale tygrysy, mini-hipopotamy, owocozerne (dobrze, ze nie owcozerne...) nietoperze w osobnej hali do ktorej mozna bylo wejsc... Rewelka. Zrobilismy duzo zdjec i wrzucimy je galerii zaraz po powrocie, czyli jutro lub pojutrze.
Bylismy w zoo w czworke, bo w Singapurze spotkalismy sie z Adamem i Olga, widocznie to taka tradycja, ze z Adamem zawsze musimy sie spotkac, jak jestesmy w Azji. Tradycja godna kontynuacji, rzecz jasna:) Ponizej wrzucamy kilka zdjec, a wiecej - jako sie rzeklo - plus kilka slow podsumowania juz po powrocie do Polski, czyli lada chwila (startujemy z Singapuru za cztery godziny od teraz). Zostalo nam jeszcze co prawda do wykorzystania po 10 dolarow na elektronicznych biletach do komunikacji miejskiej, ale zamiast oddawac je do kasy, zatrzymamy je, by miec pretekst do ponownego przyjazdu do Singapuru:))
 |
|
|
|
Kuala Lumpur 5.3.2008 12:26 GMT+1
|
To drugi (i zarazem ostatni) przystanek na naszej malezyjskiej mini-trasie. Dzis wieczorem lokalnego czasu wsiadamy w pociag do Singapuru. Trzeba przyznac, ze te te malezyjskie pociagi calkiem sie bronia. Mozna wsiasc wieczorem w Singapurze czy Kuala Lumpur i obudzic sie nastepnego dnia o swicie na stacji koncowej. W dodatku wagony sa wygodne, a niektore pociagi maja nawet sypialne przedzialy dwuosobowe z wlasna lazienka:))
O KL nie mamy zbyt wiele od powiedzenia, jestesmy tu niecale 30 godzin, wystarczylo, zeby pokrecic sie nieco kolo Petronas Twin Towers, wjechac na gore, zrobic zakupy w jednym z gigantycznych centrow handlowych i zaliczyc spacer po bardziej historycznym centrum (choc slowo "historyczne" to moze lekkie naduzycie, bo samo miasto nie ma wiecej, niz 150 lat) z meczetami, chinska i hinduska dzielnica.
Jedno, co sie rzuca w oczy, to ogromne parcie do przodu. Powstaja coraz to nowe biurowce, mieszkalne wysokosciowce (z tego co pamietam, jedna z polskich agencji przekonywala Polakow do inwestycyjnego kupna mieszkan w Kuala Lumpur!) - wszystko to w nowej, komercyjnej dzielnicy. Centrum pozostaje nieco w tyle, choc i tam mozna wychwycic kilka symptomatycznych obrazkow pokazujacych jak nowoczesnosc miesza sie z tradycja. Lektura lokalnych gazet (w najblizszy weekend wybory!) nie pozostawia zludzen: Malezja to kraj nowoczesny, otwarty na wiele kultur, tolerancyjny i uprzemyslowiony. Ciekawe co powiedzialaby na to rodzina pewnego buddysty zmuszona ostatnio do muzulmanskiego pochowku swego krewnego, ktoremu zapewne ani przez moment do glowy nie przeszlo przejscie na islam... Niemniej jednak staraja sie i chyba cel jest taki, zeby zrobic tu za 10 lat drugi Singapur. Powodzenia!

 |
|
|
|
Cameron Highlands 3.3.2008 10:39 GMT+1
|
Jako sie rzeklo, jestesmy w Malezji, gdyz za pomoca wielu srodkow transportu (taxi, samolot, pociag, autobus) w ciagu okolo doby przedostalismy sie z Sajgonu via Singapur i Kuala Lumpur do Cameron Highlands w zachodniej czesci kraju.
Uwazny czytelnik tej strony byc moze pamieta, ze odwiedzilem juz te strony jakies trzy lata temu, jednak wtedy bylem sam, a teraz jestesmy razem, zas Cameron Highlands sa tak wyjatkowe, ze na pewno wrocimy tu po raz kolejny;))
Jako, ze jestesmy wysoko (z 1300 metrow npm), pogoda nie rozpieszcza, ledwie jest 20 stopni - to akurat dobrze w kontekscie trekingow, ktore sobie tu ordynujemy. Gorzej, ze troche pada - wczoraj zlalo mnie nawet dosc konkretnie.
Nie powstrzymalo nas to jednak dzis przed wycieczka na Gunung Brinchang, najwyzsza gore w okolicy (nieco ponad 2000 metrow). Wspinaczka byla dosc ostra (i w blocie), ale za to zejscie inna droga, wzdluz plantacji herbaty - zobaczcie sami na zdjecia! (Nie wspominamy tu o fatalnym smrodzie kapusty; oprocz herbaty Cameron Highlands slyna z uprawy wielu gatunkow warzyw i owocow, w tym rzeczonej rosliny glabiastej). Szkoda tylko, ze sama plantacja byla zamknieta dla zwiedzajacych akurat w poniedzialek (pracuja tam glownie Hindusi), no ale co sie nie udalo, to sie uda nastepnym razem;)

 |
|
|
|
Goodbye Vietnam 2.3.2008 13:20 GMT+1
|
No tak, nie udalo sie nam moze zrealizowac wszystkich planow, ale Wietnamczycy sami sa sobie winni - glownie za sprawa samolotu, ktory nie chcial nas dowiezc do srodkowej czesci kraju. Opuszczalismy ten kraj z nieco mieszanymi uczuciami - na pewno warto bylo przyjechac, ale na pewno Wietnam nie bedzie naszym ulubionym miejscem wakacji...
Owszem, niektore miejsca pelne sa uroku - najczesciej urok idzie w parze z brakiem turystow. Gdzie ich duzo (Halong Bay, Sajgon), wszystko sie komercjalizuje, a sami Wietnamczycy nastawiaja sie na okrutna eksploatacje przybyszy (przejawiajaca sie chocby w kilkukrotnie wyzszych cenach wszystkiego). Im dalej od utartych sciezek, tym lepiej: wycieczki po gorach na polnocy kraju, czy przejazdzki po odnogach delty Mekongu na pewno zapamietamy.
Zapamietamy tez Wietnamczykow - przedziwny to narod, moze z braku miejsca (blisko 90 mln ludzi na obszarze zblizonym do Polski) przestrzen prywatna miesza sie z publiczna: recepcjonisci o polnocy zamykaja hotel i klada sie na materacach spac; randki odbywaja sie w parkach (choc przewodnik glupawo utrzymuje, ze Wietnamczycy nie sa zbyt skorzy do publicznego ujawniania swych uczuc...); posilki jada sie na ulicy; wszystko to dzieje sie od samego rana - 6 rano to juz doslownie godzina szczytu komunikacyjnego. Jednoczesnie nie mozna im odmowic inicjatywy: wydaje sie, ze kazdy ma jakis biznes, a to sklep, a to podwozi motorkiem, a to gotuje, a to cos sprzedaje. No wlasnie - zauwazylismy, ze wielu ludzi sprzedaje towary, ale malo kto je kupuje;)) ciekawe w sumie... moze kapital jeszcze sie nie zakumulowal, ale przy takiej przedsiebiorczosci to tylko kwestia czasu. Niestety wszechobecny jest brud - tak zasmieconego kraju jeszcze nie widzielismy w Azji. Widac, ze malo kto sie tym przejmuje, dla nich nie jest problemem zjesc na ulicy w talerzu po kims, albo wypic cos w ledwie poplukanej szklance.
Dla nas jest, wiec od dzis jestesmy w Malezji - tylko na pare dni, ale postanowilismy troche odpoczac od spiewnego, lecz nie zrozumialego jezyka wietnamskiego. Tu od razu latwiej - jak widzimy napis "Tiket Kaunter", to od razu wiadomo o co chodzi:)) Jutro albo pojutrze napiszemy cos wiecej. |
|
|
|
Niezly Sajgon? Niekoniecznie 29.2.2008 16:52 GMT+1
|
Jak pisalismy, od dwoch dni bawimy w Sajgonie. Dokladniej mowiac, Sajgon to tradycyjna nazwa obecnej centralnej czesci miasta noszacego nazwe Ho Chi Minh City. No wiec HCMC ma prawie 6 mln mieszkancow, a wiec prawie dwa razy wiecej, niz stoleczne Hanoi. Czuje sie tu wielkomiejskosc - scisle centrum upstrzone jest pieciogwiazdkowymi hotelami, eleganckimi butikami, top-klasy drogeriami. Kilka sasiadujacych dzielnic ma inny charakter - jest dzielnica "oficjalna" z ogrodzonymi konsulatami i nowoczesnymi biurowcami, jest dzielnica backpackerska z tanimi hotelikami i biurami turystycznymi, jest w koncu Cholon, czyli ogromne Chinatown - jeden wielki bazar. Dalej sie nie zapuszczalismy. Lotnisko jest 6 km od centrum, czyli pewnie z 20 km od peryferiow;)
Problem z Sajgonem polega na tym, ze poza szeroko rozumiana rozrywka (zakupy, jedzenie, karaoke) miasto za wiele nie oferuje. Wedlug przewodnika najwiekszymi atrakcjami turystycznymi sa: - katedra - zbudowana przez Francuzow pod koniec XIX wieku - poczta - jw, obecnie glowna jej atrakcja jest ogromny portret Ho Chi Minha na jednej ze scian (patrz galeria) - meczet - rzeczywiscie ciekawe, ze ostal sie maly budyneczek wsrod ogromnych hoteli - muzeum historii Wietnamu - dramat, progaganda na maksa, jaki ten narod wietnamski biedny, musial przez cale stulecia znosic a to podboje Chinczykow, a to Mongolow, Chamow, Francuzow, Amerykanow... (rzecz jasna o swojej inwazji na Kambodze milcza) - w sumie uzalaja sie nad swoim losem podobnie, jak Polacy;) - muzeum wojny wietnamskiej - to dopiero jest propaganda... Na wszystko to mozna przelotem rzucic okiem, ale nic na kolana nie rzuca. Skoro tak, to przetestowalismy Sajgon gastronomicznie, co Ania opisze pewnie przez weekend w kulinariach.
Mozna tez odbyc podroz w czasie i zobaczyc jak wyglada opisany przez Grahama Greene'a Hotel Continental ze "Spokojnego Amerykanina" - a wyglada nieco staroswiecko:

Wiecej zdjec jest w drodze, tzn. zostaly juz wyslane, ale nie sa jeszcze zawieszone w galerii . Ale pewnie beda lada chwila. Wiec milego ogladania i milego weekendu.
|
|
|
<< Poprzednie 1 2 3 Następne >> |