|
pradawny azjatycki obyczaj popoludniowej herbatki 12.3.2005 12:09 GMT+1
|
Jestesmy juz w Bangkoku, a dokladnie w Sheraton Grande Sukhumvit - tak sie nazywa nasz hotel. Robimy sobie ful wypas na zakonczenie wyjazdu, i wypas ten rozpoczal sie po przyjezdzie od bufetu pod haslem Saturday Afternoon Tea (globalizacja, panie, nie omija tez i Azji). Niniejszym informuje, ze do jedzenia bylo co nastepuje:
- rozne rodzaje herbaty w duzych srebrnych dzbankach, do tego dzbanuszek z mlekiem - rozne rodzaje owocow na metrowej wysokosci rzezbionej paterze z lodu - miniszaszlyczki z roznymi sosami, malze owijane bekonem nadziane na lodyzke trawki cytrynowej i zapieczone itp. - krewetki albo szaszlyki z krewetek i innych dodatkow podawane w kieliszku z pomidorowym koktajlem i udekorowane listkami roznych salat - koreczki ze swiezego tunczyka doprawionego bialym i czarnym sezamem, w sosie sojowym - wedzony losos z roznymi dodatkami: sos smietanowy, musztardowy, chrzanowy, kapary, czastki limonek itp. - wybor serow z figami i suszonymi morelami, do tego chrupki chleb i krakersy - rozne rodzaje sushi - skladniki do samodzielnego przyrzadzania salatki Cezara - rzymska salata, pomidory, grzanki, chrupiacy bekon, gesty sos z dodatkiem parmezanu - wybor minibuleczek (maslane, pelnoziarniste, ciabatta), z ktorych na zamowienie kucharz przygotowywal kanapeczki z roznymi rodzajami szynki, rostbefem itp., majonezem, musztarda, pomidorami, salata, korniszonami - angielskie buleczki (same albo z rodzynkami) i mufinki, do tego smietana i dzem truskawkowy - smazone slodkie placki z roznymi dodatkami (dzem, miod, bakalie, sos waniliowy) - wybor roznych miniciasteczek i trufli (np. mini creme brulee, mini tiramisu, trufle z maslanym nadzieniem o smaku zielonej herbaty, bakaliowe trufle w bialej, mlecznej i ciemnej czekoladzie, babeczki nadziewane musem czekoladowym, mini brownie itp.) - mus czekoladowy, ciasto czekoladowe, tarta orzechowa, sernik
Nie musze chyba dodawac ze sprobowalismy prawie wszystkiego. Teraz jestesmy tak obzarci ze natychmiast musze konczyc bo nie moge sie ruszac. Zegnam Panstwa. |
|
|
|
Co jedlismy na Ko Phi Phi 11.3.2005 13:59 GMT+1
|
Faktycznie nie odzywalismy sie dosc dlugo, co bynajmniej nie oznacza, ze nie jedlismy nic na Ko Phi Phi. Wrecz przeciwnie, jedlismy tam bardzo duzo i czesto, a jeszcze wiecej, jak przystalo na prawdziwych Polaczkow, pilismy!
Nasz hotel byl dosc odciety od swiata i w zwiazku z tym bylismy zdani na hotelowa restauracje. Wbrew pozorom byla ona jednak bardzo dobra i miala osobne tajskie menu, ktore z zapalem eksplorowalismy.
Sniadania pomine, gdyz byly niejadalne i musielismy zmienic swoje kambodzanskie przyzwyczajenia (szejk z mango i kwasna zupa z ryba i papaja) na prozaiczne omlety i platki z mlekiem. Zenada...
Wieczorami jednak rekompensowalismy to sobie z nawiazka. Przede wszystkim godne uwagi bylo stoisko ze swiezymi owocami morza - homary, homarce (to takie male homary), ogromne krewetki tygrysie, kraby itp. Wybieralo sie delikwenta, ktory nastepnie poddawany byl grillowaniu i konsumowaniu, na przyklad w towarzystwie bardzo ostrego, a przy tym slodkiego tajskiego czerwonego sosu curry, albo slodkiego i gestego sosu tamaryndowego o smaku troche przypominajacym powidla sliwkowe.
Poza tym w hotelu bylo duzo rodzajow curry: czerwone - strasznie ostre, z papryczkami chili, zielone - tez ostre, ale o innym smaku, i zolte, slodkawe, chyba najlagodniejsze, chociaz jak na europejskie standardy tez bardzo ostre. Wszystkie zawieraly mleko kokosowe, liscie kaffiru, tajska bazylie - polaczenie tych przypraw, a czasem takze trawy cytrynowej i limonki, daje wlasnie ten charakterystyczny dla tajskich curry smak - z hinduskimi curry ma to wspolna tylko konsystencje (bo w sosie) i nazwe (bo curry). Mogly byc na przyklad z warzywami: minikukurydze, malutkie baklazanki niewiele wieksze od zielonego groszku, swieze szparagi itp. Albo z owocami morza. Albo z krewetkami, oczywiscie swiezymi i duzymi, a nie taka popelina jak w polskich restauracjach. Pyszne bylo tez czerwone curry z plasterkami pieczonej kaczki i owocami lychee.
Poza tym jak zwykle mozna bylo liczyc na takie pewniaki jak zupa Tomka (a wlasciwie Tom Kha) - najwyrazniej Tomek robil taka pyszna zupe ze az Tajowie nazwali ja tak na jego czesc... Jest to lagodna zupa zawsze z mlekiem kokosowym, limonkami, trawa cytrynowa i imbirem albo galgantem, a do tego rozne smieci. Moze byc Tom Kha Gai (z kurczakiem), Tom Kha Goong (z krewetkami), Tom Kha Galay (z owocami morza).
Wszedzie sa tez dostepne owocowe szejki (czasem z mlekiem, a czasem bez) z mango, ananasa, banana, albo swiezo wyciskane soki z owocow (pomaranczy, limonek, arbuza itp.). Pyszna jest tez mrozona herbata - nie swinstwo z kartonu skladajace sie z samych konserwantow i aromatow, tylko prawdziwa herbata z duza iloscia kostek lodu, czesto z mlekiem (w naszym hotelu podawano ja z dzbanuszkiem mleka i dzbanuszkiem cukrowego syropu, wiec kazdy mogl sobie doprawic jak chcial). Zawsze i wszedzie sa tez dostepne swieze owoce - slodkie mini banany i mini ananasy, arbuz, papaja, a takze cos co tutaj nazywano dragon fruit, a w Polsce czasami bywa pod nazwa pitihaya czy cos rownie latwo dajacego sie przerobic na dwa brzydkie wyrazy w dopelniaczu... Natomiast prawie w ogole nie ma deserow w tradycyjnym rozumieniu. Czasami mozna gdzies dostac jakby pudding z kleistego ryzu, ale nie probowalam. Na deser podaje sie zwykle owoce.
No, ale najwazniejsze byly drinki! Po skrupulatnym wybadaniu prawie calej karty drinkow (cala strona A4...) i wypiciu licznych Pinacolad, Planter's Punchow, Bloody Marys, Mai Tai itp. doszlismy do wniosku, ze najlepszy jest drink o nazwie Tai Rom Prao, podawany w wielkim swiezym orzechu kokosowym, skladajacy sie ze swiezego mleka kokosowego, soku ananasowego, soku z limonki i rumu, oraz niezliczonych kostek lodu. A, i ozdobnej miniparasolki, ktorej wszelako nie konsumowalismy. Byl naprawde gigantyczny i pyszny.
Podsumowujac, tajska kuchnia jest bardzo fajna i przy lekkim podrasowaniu daje sie spokojnie przygotowywac w Polsce (no, moze z wyjatkiem Tai Rom Prao...), chociaz nie obejdzie sie bez zakupow w sklepie z orientalna zywnoscia. Ale naprawde warto, bo to bardzo proste w przygotowaniu jedzenie, do tego pyszne i zdrowe. |
|
|
|
no to moze na kielbaski z kiszona kapusta i weissbierem? 2.3.2005 12:22 GMT+1
|
W Siem Reap, w ktorym zadekowalismy sie na kilka dni, nie mozna narzekac na brak kulinarnego zroznicowania. Jest nawet niemiecka restauracja, stad tytul posta. Z tym ze tak sie zlozylo, ze jednak nie skorzystalismy - zupelnie nie wiem, czemu...
Kuchnia kambodzanska jest podobna do tajskiej, ale mniej ostra i mniej intensywnie przyprawiona. Duzo jest roznych potrawek w sosie typu curry, ale przyprawianych po tajsku a nie indyjsku - z trawka cytrynowa, liscmi limonki, mlekiem kokosowym, imbirem albo pokrewnym mu galgantem, i tak dalej. Jedlismy na przyklad pyszna zupe z zielonej papai z dodatkiem cienkiej zielonej fasolki, polowek malych baklazanow, wieprzowina (Ania) albo ryba (Homik) i tak dalej. Pojecie "zupa"jest tu dosc umowne - zupy kosztuja prawie tyle co drugie dania, i dostaje sie gigantyczna miske pelna duzych kawalkow miesa albo warzyw, z nieduza iloscia plynu, do tego miska ryzu, tak wiec obiad gotowy. Albo kolacja. Albo sniadanie. Tu nie ma specjalnej roznicy. Juz sie przyzwyczailismy i tez tak zremy. Moze nawet zaprowadzimy takie zwyczaje w Polsce i bedziemy wszystkim obrzydzac wspolne sniadania na wyjazdach...
Do picia moga byc swiezo wyciskane soki, albo szejki ze zmiksowanych owocow, np. mango, ananasa albo bananow, najczesciej bez mleka, tylko z drobno rozkruszonym lodem, w sam raz na ten dziki skwar, ktory tu panuje. Moze tez byc iced tea, ktore wyglada tak, ze do wysokiej szklanki wypelnionej kruszonym lodem wlewaja herbate z mlekiem i cukrem. Albo tutejsze piwo-siki o nazwie, a jakze, Angkor. W tutejszych calkowicie zwesternyzowanych knajpach sa tez oczywiscie drinki takie same jak wszedzie na swiecie, kosztuja mniej wiecej tyle co obiad w dobrej tutejszej knajpie albo trzy obiady w takiej sobie tutejszej knajpie, wiec w sumie nie wiem czy warto. |
|
|
|
PS. Sniadanie w hotelu 27.2.2005 14:29 GMT+1
|
Osobno postanowilam napisac o sniadaniu, ktore jedlismy dzisiaj w hotelu - mysle, ze udalo mi sie skomponowac zestaw konkurencyjny wobec ostatniej wyliczanki Homika, gdyz zjadlam:
1. swiezego ananasa, arbuza i papaje 2. salatke owocowa w syropie cynamonowym 3. ryz smazony z wieprzowina i jajkiem 4. jogurt z owocami 5. francuskie tosty z syropem klonowym i smazonym bekonem 6. herbate z mlekiem i cukrem 7. zupe - kleik ryzowy z kalmarami, posypana cebulka i chili 8. logany - takie male owocki podobne do lychee, biale slodkie i glutowate
Wszystko bylo bardzo dobre a najlepszy punkt 7. A jutro zjem sobie jeszcze mleko sojowe z galaretka kokosowa. |
|
|
|
Pasza w Bangkoku 27.2.2005 14:23 GMT+1
|
|
W Bangkoku wyglada na to, ze je sie wszedzie. Na ulicy, w sklepie, na krawezniku, pod swiatynia, i ogolnie gdzie popadnie. Wiekszosc barow to takie male stoiska na ulicy, gdzie mozna zjesc na miejscu albo tez dostac pasze na wynos w plastikowym worku, z ktorego sie je. Do jedzenia sa rozne rodzaje curry w mleku kokosowym, potrawki z miesa i warzyw, na przyklad z malymi baklazanami, do tego ryz. Albo makaron z roznymi smieciami zawiniety bardzo sprytnie w bardzo cienki omlet. Pelno tez jest malych szaszlyczkow z roznych rzeczy - ochlapow miesa, skrzydelek kurczaka, kawalkow kalamarnicy, pulpecikow rybnych i tak dalej. Do picia jest swiezo wyciskany sok z mandarynek, po prostu pyszny. Sprzedaja go w malych buteleczkach ustawionych w skrzyni z lodem. Albo male kokosy, ktore trzymaja w lodzie i na biezaco przekrawaja i podaja z rurka, przy uzyciu ktorej wypija sie ze srodka slodki i smierdzacy plyn, ktory smakuje Homikowi. Dzisiaj jadlam tez male jajka przepiorcze usmazone jak sadzone, podane w duzej ilosci z sosem sojowym. W zasadzie mozna by wymieniac godzinami, bo w Bangkoku jedza wszyscy, wszedzie, caly czas i wszystko. |
|
|
<< Poprzednie 1 2 3 Następne >> |