Kalifornia

 Dziennik
 Kulinaria
 Mapa
 

 Galeria

 Zdjęcia stare i nowe
 

 Krótkie wypady

 Węgry
 Bruksela
 Mediolan
 Macedonia
 Irlandia
 Kraj Basków
 Słowenia
 

 Turcja/Iran

 Dziennik
 Kulinaria
 O Iranie
 Mapa
 

 Wietnam/Malezja

 Dziennik
 Kulinaria
 Mapa
 Nasze plany
 

 Kanada

 Dziennik z BC
 British Columbia
 Mapa
 Plany
 Nomeansno
 

 Nowa Zelandia

 Dziennik z NZ
 :: Kulinaria ::
 Mapa
 Zwierzęta
 Dobre rady Homika
 Co zobaczymy?
 NZ - almanach
 

 Azja Płd.-Wsch.

 Dziennik z Azji
 Kulinaria
 Dobre rady Homika
 Mapa
 

 Linki

 Ciekawe strony
 

 Szukaj w newsach

 






Kaikorua 12.2.2006 10:07 GMT+1
Nie napisalam o najlepszym - w Kaikourze oprocz delfinow i wielorybow, ktorych wszelako sie nie je, sa rewelacyjne restauracje. To zjawisko raczej w Polsce nie wystepuje - maly nadmorski kurorcik, nierzucajace sie w oczy skromne budyneczki, a w srodku jedzenie na najwyzszym poziomie. No wiec w pierwszy wieczor w Kaikourze bylismy w restauracji 42'25 South, w ktorej zjedlismy co nastepuje:

Ania - pol langusty (? - ciagle nie wiem czy to langusta bo mowia na to "crayfish", ale wyglada dokladnie jak langusta, bo zakladam ze tak, chociaz mowia tez na to czasem lobster, czyli homar), przyrzadzonej z dodatkiem duzych krewetek, sosu beszamelowego i chrupiacej skorupki z tartej bulki; oczywiscie nie trzeba dodawac, ze te langusty/homary sa lowione na miejscu w Kaikourze i zawsze swiezutkie

Homik - fileciki z jagnieciny w slodkim sosie z porto i pomaranczy

Podstepnie nie zamowilismy przystawek, dzieki czemu bylismy w stanie upchnac deser, i bylo to wirtuozerskie posuniecie. Homik zamowil "Citrus Basket", pod ktora to nazwa kryla sie tarta z kruchego ciasta wypelniona kremem o intensywnym cytrynowym kwasno-slodkim smaku, do tego dekoracja z musu owocowego, a ja angel cake, czyli ciasto podobne do biszkoptu, ale z samych bialek, bardzo lekkie i puchate, przy czym plastry ciasta byly przelozone kremem z bialej czekolady i musem z bitej smietany i owocow jagodowych. Bylo to co najmniej na takim poziomie jak legendarny mus z bialej czekolady w restauracji Farina w Krakowie (kto jeszcze nie jadl, niech sie lepiej nie przyznaje tylko czym predzej uzupelnia zaleglosci).

Ale i tak ten obiad przegral z kretesem z obiadem nastepnego dnia, kiedy to poszlismy troche dalej wzdluz wybrzeza do The Pier Pub & Cafe, na pierwszy rzut oka i w ciagu dnia opustoszalej niepozornej knajpy, a wieczorem pekajacej w szwach restauracji. Poniewaz nie mielismy rezerwacji, musielismy dobre trzy kwadranse czekac na stolik, co piszaca te slowa wykorzystala na konsumpcje alkoholu w postaci likieru Drambuie Cream. A potem bylo tak:

Ania - na przystawke malze swietego Jakuba czyli przegrzebki, blyskawicznie podsmazone i podane na sosie z chrupiacych grzybow i pomidorow z dodatkiem smietanki, a do tego minisuflecik ziemiaczany, na drugie danie kotleciki jagniece z dodatkiem puree ziemniaczanego, smazonego wedzonego wegorza (!) i czatneja z brzoskwin i ostrej papryki

Homik - na przystawke losos wedzony (oczywiscie na miejscu) z dodatkiem ginu, a na drugie danie duszone wedzone gicze jagniece

Wszystko to bylo po prostu pyszne - dawno juz nie jadlam nic rownie dobrego. A juz przegrzebki po prostu 10 punktow na 10, mieciutkie i delikatne, a nie zadna tam lipa z mrozonki. Do tego po prostu swietna atmosfera - sympatycznie, bez nadecia i bohemy. I wszystko to w miasteczku w ktorym mieszka niecale 4 tysiace ludzi. Wlasciwie tak jak to pisze to chetnie bym tam jeszcze pojechala, bo byla tam co najmniej jeszcze jedna restaruacja warta obadania, tylko juz nie bylismy w stanie tego zjesc. Aha, po drodze z Kaikoury na polnoc mijalismy co chwila male budy wielkosci pol kiosku ruchu w ktorych sprzedawano swieze i gotowane langusty tak jak w Polsce na przyklad sledzie. To to ja rozumiem!


Amisfield 6.2.2006 9:02 GMT+1
Wreszcie udalo sie nam trafic do miejsca, ktore zasluguje na opis w rubryce "Kulinaria" (jak wiadomo, bardzo opiniotworczej). Miejsce nazywa sie Amisfield (www.amisfield.co.nz) i lezy miedzy Queenstown a Arrowtown, nad jeziorem Hayes, w okolicy przypominajacej Toskanie albo Prowansje - lagodne pagorki, pelne slonce, winnice, pola lawendy. Amisfield to wlasciwie winnica (i to znana i uznana), ale tez sklep z winem i restauracja. Polozone jest naprawde pieknie, a urzadzone jeszcze lepiej - eleganckie ale bardzo nieformalne, nowoczesne wnetrze, wysoki belkowany sufit, przeszklone sciany, naslonecznione patio. Jedzenie tez jest swietne i dopasowane do charakteru miejsca - wyszukane, ale nie pretensjonalne. Menu zmienia sie nawet codziennie, bo idea jest taka, aby wykorzystywac najlepszej aktualnie jakosci, naturalne i lokalne produkty. Najlepszym wyborem jest chyba "Trust the chef" menu, w ramach ktorego za niewygorowana jak na tutejsze warunki kwote 35 dolarow dostanie sie wybor potraw dostepnych danego dnia. My wybralismy takie wlasnie rozwiazanie i oto co zjedlismy:

1) 2 malutkie bruschetty z hummusem (czyli pasta z ciecierzycy i sezamu) i listkiem bazylii

2) plastry pieczonej szynki podane z miejscowym bardzo smietankowym serem, ciabatta i solonym maslem oraz slodko-ostrym czatnejem z rabarbaru

3) mieciutkie plastry grillowanego baklazana podane na swiezej rukoli i pomidorach, posypane malymi "grzaneczkami" z panierowanych anchois i swiezo startym parmezanem

4) stek rib-eye, z wierzchu mocno przypieczony, w srodku lekko rozowy, pokrojony na plasterki i podany z sosem chrzanowym

5) salatka z ziemniakow z sosem majonezowym, swieza mieta, zielona pietruszka i korniszonami

Do tego pilismy miejscowe Sauvignon Blanc (podobno jest to jeden z lepszych na swiecie obszarow do uprawy tego szczepu), a na koniec male espresso z gruba warstwa gestej pianki orzechowego koloru. Nie dalam rady wmusic w siebie deseru (a wszyscy wiedza, ze to nie lada wyczyn doprowadzic mnie do takiego stanu), a szkoda, bo w menu byly m.in. brzoskwinie i nektarynki w syropie z wina a takze wybor miejscowych serow.

Podsumowujac, rzadko sie zdarza takie polaczenie pysznego jedzenia, udanej kompozycji menu, pieknej lokalizacji, sympatycznej i kompetentnej obslugi. Gdybym mogla, to wracalabym do Amisfield jeszcze wiele razy, ale biorac pod uwage, ze z domu mam tam jakies dwadziescia piec tysiecy kilometrow, nie wiem czy bedzie to mozliwe...


Orientalistyka stosowana 2.2.2006 8:41 GMT+1
Poniewaz po pierwsze do NZ przyjezdza duzo azjatyckich (a konkretnie japonskich) turystow, a po drugie jest tu chyba niemalo imigrantow z Azji, mozna na szczescie odpoczac od cholernych fish & chips (wymawiac nalezy "fasz end czaps" :))))) w orientalnej restauracji. Wczoraj na przyklad bylismy w japonskiej restauracji Minami, podobno najlepszej w NZ. Jedlismy sashimi (nic specjalnego, jak w Polsce), japonskie pikle (Homik to wzial, bo jak zwykle pozuje na oryginala, i potem musi jesc kiszone wisnie albo pic wedzona herbate o smaku wywaru spod szynki...), lekko smazonego, mieciutkiego tunczyka i smazone malze z dodatkiem sosu sojowego i imbiru. Wszystko bylo bardzo smaczne i w punkt przygotowane - to jest wlasnie najlepsze w japonskiej kuchni, ze kazdy smak i konsystencja sa nalezycie wyeksponowane, bez dlugotrwalego pichcenia i mieszania smakow.

Dzisiaj z kolei bylismy w tajskim barze, gdzie zjedlismy gotowane na parze malze z kolendra i slodkim sosem chili oraz jagniecine w curry musaman (slodkawe, aromatyczne, z mlekiem kokosowym). Te malze sa tu wszedzie, Homik trafnie porownal je do sledzia w Polsce - wszechobecne i tanie jak barszcz (no w takim razie to moze lepiej bylo porownac do barszczu).

Oprocz japonskich i tajskich sa tez restauracje hinduskie i chinskie, natomiast jak dotad nie stwierdzilismy malajskich, singapurskich, indonezyjskich itp. - ale moze do dlatego, ze nie bylismy jeszcze w zadnym duzym miescie. Biorac pod uwage, ze jestesmy w czyms wielkosci Mszany Dolnej, i tak nie mozna narzekac. O ile mi wiadomo, w Mszanie nie ma restauracji japonskiej, tajskiej, hinduskiej, chinskiej, tureckiej, francuskiej, wloskiej, brytyjskiej, no i nowozelandzkiej chyba tez nie...


Wino 2.2.2006 8:31 GMT+1
Nie wiadomo czemu nie ma wlasciwie w Polsce nowozelandzkich win, bo sa znakomite. Jedyna przeszkoda, ktora przychodzi mi do glowy, to cena - tu na miejscu koszt jednej butelki sredniej klasy to ok. 20 dolarow czyli jakies 50 zlotych, jesli doda sie do tego niebagatelne koszty transportu, to wychodzi cena, ktora wielu Polaczkow moze zniechecic (bo przeciez wiadomo powszechnie, ze wino powinno kosztowac 4 zlote, no chyba ze jest z winogron, to wtedy 9...).

Jesli chodzi o szczepy, to najpopularniejsze sa: z bialych chardonnay, sauvignon blanc, pinot gris, z czerwonych cabernet sauvignon, pinot noir. Za to prawie nie widzi sie shiraz, bardzo z kolei powszechnych w Australii. Zwlaszcza pinot gris to swietna sprawa, biale wino z lekko slodkawa nuta, o aromacie dojrzalych gruszek. Ja tam nie jestem ekspertem i wole unikac opisow typu "aromat kurzych odchodow po wiosennym deszczu", ale pinot gris jest aromatyczne i pyszne. Probowalismy tez win botrytyzowanych przypominajacych Tokaj Aszu - zlotego koloru i o miodowym smaku, rewelacja.

Winiarstwo, co chyba typowe dla Nowego Swiata, jest tu odarte z gornolotnosci i pretensjonalnosci, na przyklad dzisiaj probowalismy win w duzym sklepie, w ktorym degustacja nie polegala na tym, ze brzuchaty wlasciciel z wasami oprowadzal nas gledzac o swoich winach, tylko dostalismy karte chipowa z wbita okreslona kwota, i w ramach tej kwoty przechadzalismy sie miedzy polkami, wybierajac to na co mielismy ochote, a jak juz wybralismy, to trzeba bylo wlozyc karte, nacisnac guzik i wypic wino.

Podsumowujac stwierdzam, ze moglabym spokojnie zamieszkac w Nowej Zelandii i zostac pokojowo nastawionym do swiata alkoholikiem. Czego i Panstwu zycze. Zegnam, jak na temat posta przystalo, wylewnie.


Pasza w NZ - wrazenia ogolne 1.2.2006 10:54 GMT+1
Po krotkim przegladzie tygodnia mozna stwierdzic, ze NZ zdecydowanie nie jest mekka kulinarna, ale to i owo mozna wybrac.

Na zadupiach (przepraszam za wyrazenie) dominuja knajpy jak z amerykanskich filmow - za lada baba ktorej brakuje tylko strzelby, a na ladzie kawa, muffinki w 10 rodzajach, kanapki, frytki, steki, chamska kawa itp. W sumie tez ma to swoj urok, jesli tylko nie jest jedyna opcja :)

Natomiast w wiekszych miejscowosciach albo tam, gdzie jest bardzo blisko do morza, mozna dostac bardzo dobre ryby i owoce morza. Jedlismy np. whitebait patties, czyli omlet z bardzo malymi rybkami - takimi bialymi glistowatymi, ktore je sie w calosci wlacznie z glowa, oczami i ogonem (staralam sie jakos zachecic do nich polskiego konsumenta :)). Poza tym bardzo dobre malze nowozelandzkie - to takie duze, pomaranczowe - na przyklad wedzone albo grillowane, albo smazone, albo co sie komu zamarzy. Akurat te malze uchodza tutaj za normalke i sa bardzo tanie, w przeciwienstwie do whitebait czyli tego niedoroslego narybku, ktory na wage kosztuje 100 dolarow za kilogram.

Mozna tez dostac crayfish, ale co to dokladnie jest to nie wiem, najpierw myslalam ze homary, ale ogledziny zywego osobnika prowadza mnie do wniosku, ze to raczej langusta. Dzisiaj mielismy okazje podziwiac dzikie manewry pary Japonczykow, ktorzy pozerali taki wlasnie okaz przy pomocy paleczek. Moglo sie odechciec jedzenia na tydzien...

Wiecej nastepnym razem. Smacznego prosze panstwa.
Anna Mach-Hominska z domu Mach


<< Poprzednie 1 2 Następne >>

Content Management Powered by CuteNews

© hominski.net 2005-2010
wejść od 29.01.05