Tokio i pożegnanie z Japonią

Po dwóch dniach napawania się komercyjno-merkantylną stroną Tokio z pewną nieśmiałością postanowiłem wejść w buty typowego turysty i zobaczyć miasto jego oczami. W tym celu porzuciliśmy już nieźle poznane okolice Roppongi i Shibuya, i udaliśmy się do bardziej na wschód. O kulinarnym wymiarze przedpołudniowej wizyty na targu rybnym Ania pisała już wcześniej, a ja jeszcze dodam, że gdy rzesze turystów zjeżdżają się w te okolice, sam handel na targu już powoli zamiera, a aktywność przenosi się do całego szeregu knajpek, z których z kolei pierwsze zamykają się już koło południa, tj. gdy sprzedadzą wszystko, co kupiły rano. Przy okazji można na własnej skórze przekonać się o tym, że jak przed stoi kolejka, to karmią dobrze, a jak kolejki nie ma, to co najwyżej przeciętnie. Dobrze, że nie zraziło nas średnie doświadczenie ze „zwykłego” sushi baru i postanowiliśmy odstać swoje w półtoragodzinnej kolejce, bo jeszcze później rozpowiadalibyśmy, że całe to sushi jest jakieś przereklamowane (a i tak na Hokkaido było smaczniej!).

Giełda też może być turystyczną atrakcją, jak mogłoby się wydawać, ale jednak okolice jej siedziby świecą pustkami. Choć godzina była okołopołudniowa, a indeks Nikkei na nowym rekordzie, to tłumu podekscytowanych Japończyków nie było ani przed budynkiem, ani w nim samym. Rzecz chyba w tym, że japońska giełda – co prawda jako jedna z ostatnich, ale zawsze – porzuciła system wymagający fizycznej obecności traderów na parkiecie na rzecz handlu elektronicznego. Wszystko się teraz odbywa w systemach komputerowych, a nad przebiegiem giełdowej sesji czuwa, zapewne z lekka przysypiając, kilku informatyków. Dobrze, że w ogóle jest jeszcze takie miejsce jak budynek giełdy, bo właściwie czemu cały handel nie miałby mieć wyłącznie wirtualnego, niewidzialnego charakteru?

2017_tokio_JPX_1

 

2017_tokio_JPX_3

Na południe od giełdy znajduje się dzielnica Ginza, pełna biurowców i sklepów. Wczesnym popołudniem w dzień powszedni zarówno ulice, jak i same sklepy są pustawe, pewnie wszyscy siedzą w biurowcach, ciężko pracując i zwiększając ryzyko zostania ofiarą karoshi, jedną z dziesięciu tysięcy rocznie, dodajmy (!).  O tej godzinie nawet główny dworzec kolejowy jest relatywnie pusty, więc udaje nam się – choć znów nie bez problemu – przejść przezeń na drugą stronę torów kolejowych i dostać w okolice Pałacu Cesarskiego. Pałac dostępny jest wyłącznie na bardzo reglamentowanych zasadach, i to tylko w ramach zorganizowanych grup turystów. My to może zorganizowani jesteśmy, ale nie za bardzo lubimy się organizować z innymi, więc rzucamy tylko okiem na ogromny teren szczelnie ogrodzony murem, choć bardziej mi się podoba widok w stronę miasta:

2017_tokio_palac

Zwiedziwszy już w poprzednich kilkunastu dniach wystarczającą (jak na nasz gust) liczbę świątyń i ogrodów, nie mieliśmy jakichś szczególnie ambitnych planów na ostatnie dwa dni. Przewodnik dostarczył kilku sugestii, jednak w trakcie ich weryfikacji okazało się, że muzeum historii Tokio jest nieczynne aż do wiosny, muzeum mieczy japońskich jest w trakcie rearanżacji wystaw, a ogrody Pałacu Cesarskiego okazały się być nieczynne akurat tego dnia, gdy postanowiłem je odwiedzić. Uznaliśmy to a wystarczający pretekst, by nie szukać dalej i nie daliśmy zarobić kilku innym muzeom, w tym niesławnemu Yushukan, gdzie przedstawiona jest – kontrowersyjna zdaniem historyków – nowożytna historia militarna Japonii. Każdy rząd ma prawo do indoktrynowania obywateli własną wersją historii (i każdy to robi), ale teorie o ciepłym przyjęciu wojsk japońskich w Mandżurii czy pomijanie tematu jednostki 731 to już trochę za dużo jak na naszą przyzwalającą tolerancję.

W braku innych atrakcji postanowiliśmy skupić się więc na eksplorowaniu sceny kawiarniano-kulinarno-barowej. Tu nie ma, że nieczynne, w Tokio można wypić i zjeść przez całą dobę. Ponieważ kategorią „zjeść” opiekuje się na niniejszym blogu Ania, pokrótce opiszę nasze wrażenia w zakresie „wypić”.  I tu jest zmiana od samego początku, bo herbata zaczyna ustępować miejsca kawie, w końcu jesteśmy w stolicy! W Tokio jest sporo lokalnych palarni kawy, a znając Japończyków umiłowanie jakości można spodziewać się, że byle badziewia nie palą. A że drip nie jest w Japonii hipsteriadą, tylko tradycyjną metodą parzenia kawy, to oczekiwania są duże. I rzeczywiście, wszystkie odwiedzone kawiarnie ‘niszowe’ serwują bardzo przyzwoite napary. Nieco gorzej radzą sobie z kawami mlecznymi, a niestety – jak to w Japonii – wszelkie próby wytłumaczenia, że kawa flat white nie powinna być serwowana w półlitrowym wiaderku, spełzają na panewce, bo oni robią to w ten sposób i kropka. Pewnie zresztą z ich punktu widzenia nasza uwaga ma taki sens, jakbyśmy się skarżyli, że ryż w sushi jest nie taki, jak ma być!

Uzupełniwszy poziom kafeiny i pomni dotychczasowych, raczej przeciętnych doświadczeń na polu cokctaili w Japonii, ruszyliśmy na koniec na tournée po tokijskich barach. No, może „tournée” to za dużo powiedziane, bo ostatecznie spędziliśmy jeden wieczór w wielokrotnie nagradzanym barze High Five, którego nie polecamy, drugi wieczór w Bar Trench, który zdecydowanie polecamy, a trzeci wieczór w… Bar Trench, co jest najlepszym dowodem na to, że go polecamy! Podsumowując wizyty we wszystkich japońskich barach z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że różnice kulturowe, językowe i w zakresie kubków smakowych, pomimo japońskiego dążenia do perfekcjonizmu, sprawiły, że satysfakcjonujący nas (i to jak!) wynik osiągęliśmy dopiero na sam koniec w barze prowadzonym przez pół-Japończyka, pół-Brazylijczyka. A do domu wracaliśmy „głośnym metrem” – był piątek około północy, po pięciu dniach (czyli pewnie sześćdziesięciu godzinach) pracy w tygodniu i kilku godzinach zabawy do domu wracali też wciąż ubrani w garnitury i garsonki Japończycy, tym razem nie smutni i zaspani, jak rano i przez cały tydzień, ale głośni i rozochoceni, ciekawe dlaczego.

W końcu nadszedł dzień wyjazdu. Dobrze, że wylot przypadł na sobotę o 11 – w tygodniu jazda na lotnisko w takich godzinach z dwoma dużymi plecakami byłaby nieco bardziej uciążliwa. A i tak na dworcu kolejowym, przy wejściu do kolejki na lotnisko tworzyły się korki, które próbował rozładować i skanalizować pracownik publiczny. Jego metoda (drogę wskazywał uniesioną ręką, w drugiej trzymał megafon, ale głos dobiegał z taśmy…) dobrze podsumowała nasze postrzeganie Japonii po trzech spędzonych tu tygodniach. Nowoczesny i w wielu aspektach zautomatyzowany kraj, w którym jednak potrzeba bycia zatrudnionym i przydatnym jest na pierwszym miejscu, często kosztem efektywności. Zapamiętamy na pewno pracowników miejskich obcinających liście na drzewach, żeby same nie spadły. Doskonale oznaczone roboty drogowe, gdzie więcej osób kieruje ruchem, niż kopie dziury. A w sektorze prywatnym choćby armię wszędobylskich ekspedientek w domach towarowych. Zapewne liczba obserwacji rosłaby logarytmicznie w miarę wydłużenia pobytu w Japonii – albo przy następnym pobycie, bo kraj ten wywarł na nas takie wrażenie i zostawił tyle wspomnień, że już marzymy o kolejnej wizycie na Hokkaido i w Tokio.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>