Tempura

W przeciwieństwie na przykład do żurku i Negroni, które nawet niedobre są mimo wszystko całkiem dobre, niedobra tempura to koszmar i nocna mara – wielu z czytelników poczytnej rubryki kulinarnej niechybnie trafiło kiedyś w lokalu okołojapońskim na rozmiękłe, zimne, nasiąknięte tłuszczem niezidentyfikowane przedmioty, nazwane w ramach kulturowego sabotażu tempurą. Otóż to nie tak powinno wyglądać. Dobra tempura powinna być dobra. Powinna być przepyszna! I bardzo się cieszymy, że dzięki odrobinie badań terenowych i determinacji udało się nam takową znaleźć.

Z pomocą przyszedł znowu przewodnik Michelin i jego wyróżnienie Bib Gourmand dla miejsc, w których można zjeść bardzo dobrze, nie wydając przy tym fortuny. Będąc w Kioto postanowiliśmy, że wybierzemy w ten sposób restaurację z tempurą. Wybór padł na Tempura Kawatatsu.

Na miejsce, jak się okazuje, trzeba było najpierw jechać kolejką, a potem iść jakieś 2 kilometry na piechotę przez urokliwe okolice osiedli przy drodze szybkiego ruchu. Ciemno, chodników nie ma, ludzi nie ma, ciekawe tylko czy jest tempura? W końcu docieramy pod szukany adres. To jakiś domek jednorodzinny. Zaglądamy, obchodzimy – nic. Niechcący włazimy nawet komuś do przedpokoju i szybko wycofujemy się niezauważeni. Ale próbujemy wleźć w kolejne drzwi i tam wygląda to trochę jak mała restauracja, tylko że nie ma żywego ducha.

Już mamy się wycofać, a nagle pojawia się jakieś miłe młodociane dziewczę. Mówi coś w angielszczyźnie bardzo łamanej – ale przy naszej japońszczyźnie i tak jest niczym bard ze Stratfordu. Dogadujemy się, że to faktycznie restauracja Kawatatsu. Tylko że jesteśmy jedynymi gośćmi, a szef kuchni przychodzi z przyległego mieszkania, żeby nam gotować, a właściwie raczej smażyć. Ale przygoda! Siadamy przy niskim kontuarku, a pan szef wyposażony w mordercze noże i przepasany fartuchem staje po jego drugiej stronie, gdzie ma specjalne wgłębienie, żeby nie wywyższać się wobec gości, bo to przecież bardzo nie po japońsku. No i się zaczyna: dostajemy po jednym kąsku naraz, a pan w tym czasie smaży następne, żebyśmy zawsze mieli wszystko świeżutkie i gorące. Wjeżdżają: krewetki, osobno usmażone na chrupko głowy krewetek, boczniaki, kalafior romanesco (!!!), okrąglutkie i tłuste orzechy gingko, krab, słodkie ziemniaki, zielone papryczki, mlecz z ryby, węgorze i „chipsy” z chrupiących zawiązanych na supeł kręgosłupów tych samych węgorzy (no wiem, to trochę przerażające, ale skoro już je zjedliśmy, to dobrze, że nic się nie zmarnowało). Każda z tych rzeczy jest wyborna, gorąca, perfekcyjnie chrupiąca i co najważniejsze w ogóle nie tłusta. Można by tak jeść w nieskończoność, dla przełamania smaku podjadając słony sos z tartą rzodkwią i popijając prażoną zieloną herbatę donoszoną co i raz przez córkę szefa kuchni, tę samą, która nas przywitała. Na koniec jeszcze przepyszny sorbet z brązowego cukru. Pan kucharz dobrze mówi po angielsku, ale jest oszczędny w słowach – w końcu przyszliśmy tu jeść, a nie gadać! Na chwilę znika, a kiedy wraca, żeby pożegnać nas wraz z córką w progu, nienaganną polszczyzną mówi nam „Dziękuję!”. Widocznie po to potrzebna była mu ta chwila na zapleczu. Osłupieni rewanżujemy się tym, co w naszym wyobrażeniu jest podziękowaniem za posiłek po japońsku, a oni uśmiechnięci (zapewne nie zrozumiawszy ani w ząb, co tam nieudolnie próbujemy wydukać) kłaniają się w pas, i tak się żegnamy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>