Targi rybne

Wyobrażenie o kuchni japońskiej często ogranicza się głównie do sushi, a w każdym razie do ryb. W istocie współcześni Japończycy mają upodobanie raczej do mięsa, ale faktycznie ryby i owoce morza są znakomite i – zarówno z racji swojej świeżości, jak i zamiłowania Japończyków do perfekcji – biją na głowę to, co można zjeść w japońskich restauracjach w Europie.

Jak się okazało z perspektywy czasu, i to nie tylko z powodów kulinarnych (no ale przede wszystkim z nich, bo w końcu są najważniejsze), rozpoczęcie wakacji od tygodnia na Hokkaido było prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Potem mogliśmy zrozumieć, dlaczego w czasie kolejnych 2 tygodni na Honsiu, gdy pytani gdzie byliśmy w Japonii mówiliśmy, że na Hokkaido, słyszeliśmy w odpowiedzi charakterystyczne „Ooooooo [trzeba to akcentować wznosząco i z nutą pobożnego zadziwienia], to na pewno jedliście dobre owoce morza!”. I rzeczywiście tak było.

Nijo Market w Sapporo

Niezbyt duży i przyjazny dla użytkownika, a przede wszystkim nie tak bardzo turystyczny, targ rybny w Sapporo jest dobrą opcją dla początkujących. Alejki z morskimi stworzeniami w wielu rodzajach, przede wszystkim naprawdę gigantycznymi krabami, ale także suszonymi przegrzebkami, kalmarami, jeżowcami czy świeżą niesoloną ikrą z łososia (po japońsku „ikura”, co jest japońską wersją rosyjskiego słowa „ikra”, i oto mamy słowiański akcent w języku japońskim). Do tego mnóstwo małych knajpek podających od rana to, co się na targu sprzedaje. My wybieramy restaurację Ohiso, bo jest do niej najdłuższa kolejka, a wiadomo nie od dziś, że stanie w kolejkach to nasz sport narodowy. Krótkie oczekiwanie bardzo się jednak opłaca, bo jedzenie jest proste i pyszne – donburi, czyli miseczki z ryżem i czymś, tym razem to coś to świeże pachnące morzem jeżowce, wspomniana już wyżej ikra z łososia, a przede wszystkim wyborny, rozpływający się w ustach tłusty tuńczyk chu-toro. Do tego jak zwykle hektolitry prażonej zielonej herbaty hojicha i miseczka prostej zupy miso. Pyszne. Tylko się człowiek potem zastanawia, widząc te tony ryb i owoców morza, kiedy ich w końcu w oceanach zabraknie. Ale wydaje nam się, że ekologia to nie jest priorytetowy temat w odwiedzanym przez nas właśnie kraju…

Uni Murakami w Hakodate

Hakodate, na południu wyspy Hokkaido, również ma swój targ rybny. Niestety jest on położony 3 minuty na piechotę od dworca, co powoduje, że przedzierają się przez niego tabuny turystów z walizkami i błędnym wzrokiem. Szybka bułka na parze z krabiną i uciekamy. Po targu w Sapporo ten nie robi takiego spokojnego i sympatycznego wrażenia. Natomiast na sąsiednich uliczkach mieszczą się satelitarne knajpy z owocami morza, i w jednej z nich, o nazwie Uni Murakami, jemy kolację. Uni to jeżowce, więc nietrudno się domyślić, co jest specjalnością tego lokalu. Należy dodać przy tym, że lokal jest kultowy przez duże „ku”, ma swoją filię nawet w Sapporo, i adekwatne do swojej kultowości obłożenie – ale my mamy rezerwację zrobioną jeszcze z Polski!

Niestety, wrażenia mieszane – owszem, jeżowce są bardzo smaczne, owszem, w misce z ryżem jest ich niewiarygodna wprost fura ułożona w artystyczne koncentryczne kręgi, ale atmosfera jest chaotyczna, ciasno, kolejni goście siedzą tak blisko, że prawie stykamy się łokciami, brakuje czegoś nieokreślonego, co sprawia że lubi się daną restaurację. Dlatego po posiłku szybko i bez żalu się zmywamy.

Omicho Market w Kanazawa

Jakoś w każdym mieście nam po drodze na targ rybny – może dlatego, że jest to zawsze pewna opcja, aby zjeść coś dobrego, a jak wiadomo takich okazji się nie marnuje. W Kanazawa targ rybny to duża zadaszona hala, na górze kilkanaście restauracji, wybieramy jedną z nich w sposób z grubsza losowy, ale jak się okazuje bardzo dobry. Unagi donburi, czyli miska ryżu z grillowanym przyprawionym na słodko węgorzem, jest pyszna. Coś takiego (tylko droższe i gorsze) jedliśmy już w Polsce, ale tu jakoś bardziej pasuje i bardziej smakuje.

Tsukiji Market w Tokio

Matka wszystkich targów rybnych Japonii, a nawet i świata, rybny behemot, a może raczej należałoby powiedzieć lewiatan, miejsce sławetne i otoczone nieomal religijną czcią, nam jawi się jako hektar kartonowych pudeł, styropianowych foremek, wózków widłowych i facetów w gumiakach. Ryb za bardzo nie widzimy. Nie chciało się nam wstać o 3 rano, żeby o 4 ustawić się w kolejce, a o 5 wraz z grupą szczęśliwców (zapewne stękających „awesome” i pstrykających foty nawet kafelkom…) znaleźć się na aukcji tuńczyków. W zamian najpierw na oglądanie hurtowej strefy targu jest za wcześnie i nie wolno, a potem za późno i nic nie ma, tylko znowu ci faceci w gumiakach i tym razem ze szlauchem. Jakaś pechowa ta wycieczka.

2017_tokio_tsukiji_2

Na szczęście znajdujemy sobie zajęcie i ustawiamy się w kilkudziesięcioosobowej kolejce do sławnej restauracji Sushi Dai położonej na samym targu w uliczce knajpianej. Stanie w kolejkach w Japonii to cały rytuał – najpierw roznoszą nam menu, potem przynoszą parasole bo strasznie przygrzewa słońce, potem zbierają zamówienia, a potem gdy trafiamy już do grupy 12 szczęśliwców, którzy zaraz będą jeść, usadzają nas na prowizorycznych krzesełkach przed miniaturową restauracją w takiej kolejności, w jakiej będziemy siedzieć w środku, a więc gdy tylko wchodzimy z góry już wiadomo kto co je i pije. Co do jedzenia nie ma zresztą zbyt wielkiej filozofii, bo prawie wszyscy biorą omakase, czyli sushi wg wyboru szefa kuchni, a tylko ja, jako sławetna nonkonformistka i buntowniczka, zestaw sashimi. Sushi jest podawane po jednym, już przyprawionym kawałeczku, bezpośrednio na blat przed gościem – kto widział film „Jiro śni o sushi”, ten zna ten patent. Wszyscy jedzą w tym samym tempie – choć pozostałym gościom poza nami jest o tyle trudniej, że muszą sfotografować każdy kawałek przed jedzeniem, w trakcie, a tylko z przyzwoitości nie zadam pytania, czy także po (siedząca obok nas pani podczas posiłku robi około 100 zdjęć – skąd ona potem weźmie miejsce na tyle albumów?). Sashimi jest za to artystycznie ułożone w miseczce i obejmuje okładzinę z tego samego, co pozostali dostają na ryżu jako sushi. Wszystko jest wyborne – a że wcześniej dla zabicia głodu i wyrobienia sobie skali porównawczej zjedliśmy jeszcze w innym, pustym barze sushi 10 metrów dalej, to tym bardziej możemy docenić wyborną jakość. Na koniec jeszcze każdy gość może sobie wybrać deser w postaci jednego nigiri z dowolnym dodatkiem, i już można wychodzić, bo przed restauracją siedzi kolejnych Dwunastu Gniewnych Ludzi.

2017_japonia_sashimi

One thought on “Targi rybne

  1. Pingback: » Tokio i pożegnanie z Japonią

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>