Soba

Jesteśmy w Kushiro – mieście we wschodnim Hokkaido, wielkości mniej więcej Rzeszowa. Przyjechaliśmy tutaj na kilka godzin, bo stacjonujemy w pobliskiej wsi Tsurui, gdzie oglądamy japońskie żurawie i słuchamy gwiżdżących całymi nocami jeleni (excusez le mot) sika, które wpadły w jakiś godowy szał. A skoro o szale mowa, to jesteśmy szalenie głodni! Postanawiamy poszukać, co przewodnik Michelin mówi o Kushiro, i na szczęście nie jest tego wiele, bo tylko 5 miejsc (w porównaniu np. z 500 w Kioto). W związku z tym postanawiamy, że znajdziemy restaurację Kitaodori Azumaya, gdzie podają sobę, czyli gryczany makaron. Enigmatyczna informacja o godzinach otwarcia – od 11.30 do 15, chyba że wcześniej skończy się zapas makaronu. W takim razie czym prędzej przystępujemy do poszukiwań, bo na pewno są tam tłumy i wszystko nam wyjedzą! Sprawa nie jest prosta, bo w Japonii adresy podaje się z dokładnością do kwartału, więc przez pół godziny w stresie chodzimy w kółko, aż w końcu znajdujemy puste i prawie nie oznaczone miejsce. Z zewnątrz nie wiadomo czy otwarte czy zamknięte. Próbujemy – otwarte. W środku żywego ducha. Wahamy się co by tu zrobić, ale pojawia się starsza pani i nie zrażając się całkowitą barierą językową usadza nas przy stole i przynosi menu, na szczęście w wersji angielskiej i z obrazkami. Na obrazkach jest 8 zdjęć makaronu, wszystkie takie same. Wybieramy na chybił trafił, jedno na ciepło, drugie na zimno. To właśnie makaron na zimno okazuje się być hitem – robiony na miejscu w restauracji, sprężysty, o orzechowym aromacie, wspaniale kontrastuje z podanym obok ekstremalnie aromatycznym rybnym wywarem do maczania. Ależ to pyszne! Na koniec pani przynosi dzbanuszek wody spod gotowania makaronu, którą miesza się z resztą wywaru rybnego i tak powstałą zupą kończy obiad. Potem jeszcze dostajemy herbatę i ciasteczka-placuszki też z mąki gryczanej jako mały deser. Koszt poniżej 1000 jenów (czyli jakieś 30 złotych) od osoby. Jeśli mielibyśmy wybrać jeden posiłek podczas naszych wakacji, który najlepiej ukazuje istotę japońskiej kuchni, to zapewne byłaby to właśnie ta soba. Niby nic – porcja zimnego makaronu i rybny wywar. Ale wszystko wspaniałe, aromatyczne, o dopracowanym smaku i konsystencji, przygotowane na miejscu tego samego dnia. Na koniec jeszcze zostajemy zwyczajowo sfotografowani, w rewanżu też robimy zdjęcie i bardzo ukonentowani wychodzimy.

2017_japonia_soba

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>