Słodycze w Japonii

Kulinarna odmienność Japonii i Europy nigdzie moim zdaniem nie ukazuje się tak ewidentnie, jak w słodyczach. Potwierdza się moja teza, że do robienia dobrych deserów potrzebna jest skłonność do dekadencji, poszukiwanie przyjemności aż do granic perwersji i autodestrukcji, barokowy nadmiar i pochwała dążenia jednostki do hedonistycznego przesytu. No i powiedzmy sobie szczerze – nie da nam tego kulka z kleistej skrobi ryżowej z pastą ze słodkiej fasoli w środku. Ale mimo to, przezwyciężając uprzedzenia, a niekiedy mdłości, przez trzy tygodnie metodycznie eksplorowaliśmy japońskie słodycze – a wszystko to dla dobra rubryki kulinarnej i zastępów jej czytelników (zastęp = każda liczba osób większa od 1). Oto wyniki:

Anko

Paradę, jeśli można użyć tego ryzykownego słowa, otwiera anko, czyli pasta z gotowanej czerwonej fasoli adzuki i cukru. To prawdziwy fundament japońskich słodyczy. Można by wręcz powiedzieć, że w japońskiej cywilizacji odgrywa rolę równie istotną, co w europejskiej nutella, a w amerykańskiej – masło orzechowe. Można użyć jej jako nadzienia do słodyczy ze skrobi ryżowej, o których dalej, można oblepić nią kulki z ryżu, można znaleźć w śniadaniowych bułeczkach na parze, można nadziać nią naleśniki albo posmarować tosta. Można wyjadać samą. W każdym wypadku będzie smakować jak rozgnieciona dosłodzona fasola, ale jakoś się człowiek wciąga.

Mochi 

O ile do anko można się przekonać, o tyle mochi pozostaje najwyraźniej poza zasięgiem barbarzyńskich gustów przybyszów z zachodu. Jest to pasta ze skrobi ryżowej. Mochi jest elastyczne, kleiste i bez smaku – to ostatnie w zależności od punktu widzenia może być akurat zaletą. Może być podawane na różne sposoby: jako kulki na patyku, do maczania w słodkim sosie sojowym, jako knedelki w słodkiej zupie na przykład – co nie będzie zaskoczeniem – z czerwonej fasoli, jako bułeczki lub pierożki nadziane pastą zgadnijcie z czego. W każdym wypadku konsystencja była wyzwaniem dla naszego gustu. Kto mnie zna ten wie, że naprawdę trudno jest zrobić coś słodkiego, co nie będzie mi smakować. A tu proszę – udało się! Dodam, że mochi bywa nie tylko niedobre, ale również zabójcze – podobno co roku kilka osób ginie na skutek zadławienia się nim, a tokijska straż pożarna na swojej stronie internetowej ma nawet wyjaśnienia, jak jeść mochi, żeby do tego nie doszło. Moja sugestia – wcale.

Imagawayaki

Musiałam sprawdzić w internecie, jak ten deser się nazywa, ponieważ w czasie wyjazdu nazywaliśmy go roboczo „walcami”. Właściwie nadal będę używać tej nazwy, bo jest obrazowa i krótsza. Walce robi się w niezwykle spektakularny sposób, przy użyciu ogromnej formy jakby na 100 dużych muffinów. Mistrz walcownik z wiadra nalewa do gorącej formy płynne biszkoptowe ciasto, następnie na poszczególne porcje ciasta nakłada gargantuiczne porcje pasty, oczywiście ze słodkiej fasoli. Potem do drugiej formy, będącej lustrzanym odbiciem pierwszej, znowu nalewa po porcyjce ciasta, po czym z fenomenalną zręcznością przerzuca zawartość jednej formy do drugiej do góry nogami, tak że po chwili powstają z tego puchate biszkoptowe walce wypełnione sowicie słodkim farszem. Je się na ciepło, jest pyszne, honor japońskich słodyczy został uratowany.

Słodycze z matchą

Matcha, czyli sproszkowana zielona herbata, jest bardzo często używana w słodyczach. Może być dodatkiem do lodów, do kremów, mlecznych koktajli, a raz nawet jedliśmy całkiem znośne tiramisu z matchą. To ostatnie wiązało się zresztą z wielce japońskim doznaniem okołokulinarnym, a mianowicie staniem w kilkudziesięcioosobowej kolejce japońskich nastolatków na ulicy w Kyoto, postanowiliśmy bowiem sprawdzić, co takiego ma w sobie lokalik z matchą, że aż tyle osób do niego czeka. Stanie w kolejkach w Japonii nie jest niestety aż tak ekscytującym doświadczeniem jak w Polsce – nikt się nie pcha, nikt się nie kłóci, kolejka ma szerokość jednej osoby a nie dziesięciu i nie trzeba mieć oczy dookoła głowy, żeby nagle nie znaleźć się na jej końcu. Czegoś nam zatem brakowało, ale po pół godzinie czekania przyjemny lokalik wynagrodził braki na odcinku adrenaliny.

Lody

Strasznie nas śmieszyło, że w Japonii zwykłe śmietankowe lody z automatu, w naszym pokoleniu (czyli wśród starców) zwane „włoskimi”, uchodzą za przysmak i są podawane jako regularny deser w nawet dość eleganckich restauracjach. Mogą być podawane zwyczajnie w rożku, a mogą na przykład stanowić nadzienie do eklera, zadając cios w samo serce polskiej turystce, która spodziewa się eklera z wyrafinowanym kremem, a dostaje pospolitą półmrożonkę.

Trzeba jednak przyznać, że na Hokkaido jedliśmy wyborne lody w małej organicznej lodziarni. Zwykłe lody śmietankowe na sławetnym mleku z Hokkaido były najlepsze – kremowe i delikatne. Dobrym kontrastem były intensywne, gorzkawe, w kolorze nieomal czekoladowe lody z prażonej zielonej herbaty hojicha. Zapewne nie miało to wiele wspólnego z tradycyjnymi japońskimi deserami, ale było wyśmienite.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>