Ramen

Potrawa – instytucja. Obowiązkowy punkt programu po wieczornych popijawach, domyślny lunch oraz wszystko pomiędzy. Ciekawe, że ta potrawa pochodzenia chińskiego upowszechniła się w Japonii dopiero w ostatnich kilkudziesięciu latach. Przez 3 tygodnie w Japonii zjedliśmy niezliczone miski ramenu, który odradzał w nas siły nadwątlone intensywnym zwiedzaniem (uczciwie trzeba dodać, że najczęściej innych restauracji, ale jak wiadomo trawienie to proces wysoce energochłonny, przy którym warto się pożywić).

Miska z esencjonalnym, słonym wywarem i charakterystycznym pszennym makaronem przygotowywanym na alkalicznej wodzie mineralnej – wydawałoby się, że to nic specjalnego. Ale jak to w Japonii, istnieje cała ramenologia i ramenistyka. Wywar może być albo zwykły solony, najbliższy chińskiemu oryginałowi, albo na bazie sosu sojowego, albo na bazie pasty miso z fermentowanej soi. Ten ostatni jest popularny na Hokkaido, i był pierwszą potrawą, jakiej zakosztowaliśmy na japońskiej ziemi, w konglomeracie Ramen Republic w Sapporo, oczywiście jak to zwykle bywa na ostatnim piętrze jednego ze stu centrów handlowych w Sapporo, bo to zwykle bezpieczny sposób stołowania się w Japonii, niemający wiele wspólnego z „food courtami” w polskich sklepach. Ten miso ramen tak nam posmakował, że wyznaczył standard na resztę wyjazdu. Z uczciwości należy jednak nadmienić, że Hokkaido słynie z pysznego masła, które szczodrze dodaje się tu także do ramenu, a że jak wiadomo wszystko jest lepsze z masłem, to tu mógł też tkwić sekret sukcesu tego dania.

Co może pływać, a raczej piętrzyć się w ramenie? Plastry, a wręcz prostopadłościany marcepanowo miękkiej grillowanej wieprzowiny. Jajko na półtwardo. Kiełki fasoli i świeża zielona dymka. Na Hokkaido – ziarna słodkiej kukurydzy i porcja masła. Na stacji kolejki górskiej pod górą Asahidake – flaki (!):

2017_japonia_ramen1

 

2017_japonia_ramen2

A kiedy byliśmy w miejscowości Furano, gdzie ze względu na specyficzny mikroklimat uprawia się winorośl i robi sery, jedliśmy nawet ramen z plastrami lokalnego nasączanego winem cheddara. Jak to bywa często, byliśmy jedynymi gośćmi w przydrożnej restauracyjce, a niemówiący po angielsku starszy pan – właściciel i kucharz zarazem – przyniósł nam parujące miski wraz z przygotowaną uprzednio po angielsku precyzyjną instrukcją, żeby nie mieszać sera z zupą, tylko dać mu się roztopić na wierzchu. Dodajmy, że nie wymagało to długiego czekania, bo jak zwykle w Japonii potrawa podana była w temperaturze wrzenia, a nawet jakimś cudem chyba wyższej.

I to prowadzi nas do ostatniej uwagi o ramenie – obowiązuje głośne siorbanie. Byliśmy zaskoczeni widząc, a raczej słysząc, w jaki sposób danie spożywają panowie w garniturach i modnie ubrane dziewczęta. Wszyscy generowali niewiarygodny hałas wciągając wrzący makaron – a jednak nikt się nie ochlapał. Tym różnili się właśnie od prowadzącej niniejszą rubrykę kulinarną, którzy może i była cicho, ale rozbryzg miała niestety znaczny. No, ale w końcu czego można się spodziewać po barbarzyńcach z Europy…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>