Północ Islandii – foki, śledzie, wieloryby

W piątek 8 lipca pogoda nam się psuje. Zamiast przyzwoitych 12 stopni i – przynajmniej od czasu do czasu – słoneczka mamy stopni pięć, niebo zasnute chmurami i mżawkę od rana. To i może dobrze, bo przed nami 600 kilometrów trasy, więc nie będzie wyrzutów sumienia, że my za kierownicą, a tam gdzieś ucieka nam niepowtarzalna aura. Przez cały dzień zatrzymujemy więc się właściwie tylko po to, żeby coś zjeść albo wypić. W końcu tradycja zobowiązuje!

Jedną z niewielu atrakcji czysto krajoznawczych (oczywiście poza widokami za szczelnie zamkniętymi oknami samochodu) były taplające się we fiordzie albo okupujące skaliste wybrzeże foki. Zaciekawił nas też i skłonił do postoju (nie tylko dlatego, że obok była kawiarnia) skansen w Glaumbaer. Charakterystyczne dla dawnej Islandii domki pokryte darnią tworzą tu prawdziwy kompleks, wręcz osadę całą przykrytą zielonym dachem, co nawet w mało sprzyjających warunkach wygląda bardzo malowniczo:

Glaumbaer

Ostatecznie po całym dniu jazdy dojeżdżamy do Siglufjörður. Małe miasteczko wygląda już na mocno wyludnione pod wieczór, zwłaszcza w takiej pogodzie. A że hotel wygląda przyjemnie, i znowu miła niespodzianka nas spotkała (nie było naszego pokoju, ale… był większy i w tej samej cenie), to resztę wieczoru spędzamy prawie nie wyściubiając nosa z budynku.

Na szczęście następnego dnia robi się przyjemniej i trochę cieplej. Zachęca to do spaceru po porcie, ale i tak największą atrakcją Siglufjörður jest wspaniale Muzeum Śledzia. W trzech zrekonstruowanych budynkach zgromadzono niesamowitą ilość artefaktów związanych z przeszłością tego małego, liczącego dziś niewiele ponad 1000 mieszkańców, miasteczka. A w latach 1903-1968 była tu prawdziwa bonanza, gdy Norwegowie założyli tu port specjalizujący się w połowie śledzi, znacjonalizowany później przez lokalne władze. W szczytowym okresie, w latach 50-tych ponad 3000 ludzi mieszkało tu, łowiło i oprawiało śledzie. Zdjęcia, filmy i zachowane dokumenty pokazują, że oprócz pracy była też zabawa – kino, big-bandy, potańcówki. Tłumy ludzi niezrażone krótkim zimowym dniem (nawet 2 godziny) ciągnęły do miasteczka, zupełnie jak pięćdziesiąt lat wcześniej na Dziki Zachód w poszukiwaniu złota. Przez jakiś czas Siglufjörður było piątym największym miastem w Islandii, w co dziś trudno uwierzyć, zwłaszcza mijając miasto tranzytem.

Co ciekawe, śledzie nie tylko się soliło i jadło, ale i wytapiało z nich tłuszcz (m.in. do produkcji mydła), a resztę przerabiano na karmę dla zwierząt. Zbyt duży odłów sprawił jednak, że pewnego dnia śledzie się wkurzyły i odpłynęły. Zdarza się.

Muzeum Śledzia

Kolejną noc spędzamy jeden fiord i jedną zatokę dalej, pod Húsavíkiem. Ta mała miejscowość słynie z kolei (bo na Islandii, jak w Stanach Zjednoczonych, każda miejscowość z czegoś słynie) z odwiedzających tutejsze wody wielorybów, które odwiedzają turyści. Prawdopodobieństwo zaobserwowania wieloryba jest niemal stuprocentowe, więc przemysł „wielorybniczy” jest nieźle zorganizowany: aż cztery firmy wożą chętnych łodziami o różnej wielkości. Mi akurat trafiła się łódź niezbyt duża, co przy dość wietrznej pogodzie i wzburzonym morzu doprowadziło połowę pasażerów (ale nie mnie!) do stanu, w którym najlepsze, co można zrobić, to wychylić się na chwilę za burtę…

Szukanie wielorybów w Husaviku

Tym razem śpimy (i to aż dwie noce) w drewnianym domku letniskowym położonym pod Husavikiem, tuż przy tutejszym lotnisku – mało uczęszczanym co prawda, ledwie dwa loty dziennie w sezonie. Jeśli tak właśnie spędzają wakacje Islandczycy, to robią to dość skromnie, a przy tym najwyraźniej w sposób szalenie zdyscyplinowany. „Regulamin domu” zawieszony na ścianie nakazuje lokatorom między innymi myć okna i mopować podłogi pod rygorem kary w wysokości co najmniej 300 euro! Rzecz jasna, nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy tych zaleceń nie zignorowali :)

Wyruszając dalej na wschód wjeżdżamy już z powrotem w okolice mocno wulkaniczne. Obojgu nam przypadły do gusty zielone łąki Westfjordów i przeskok do niemal pustynnych krajobrazów nam się średnio podoba, zwłaszcza, że pogoda znowu się psuje – może nie jest dramatycznie zimno, ale chmur coraz więcej i zaczyna mocno wiać. Większych atrakcji dostarczają nam jeszcze okolice jeziora Mývatn. Samo jezioro jest odwiedzane przez ponad 100 gatunków ptaków, z czego gniazduje tu ponad 40, kilka nawet sami zauważyliśmy, jak pływały z pisklakami. Oprócz tego gdzie tylko nie spojrzeć dookoła tam tylko kratery i bulgoczące bajorka. Ruszamy więc dalej.

Jezioro Myvatn i okolice

Lake Myvatn

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>