Kulinaria – północ

Glaumbaer – Askaffi

Glaumbaer to ciekawy skansen tradycyjnych starych domków krytych darnią. Domki są niestety niejadalne, więc podlegają opisowi w sekcji niekulinarnej. Natomiast co do wyszynku i wypasu to w tym samym miejscu mieści się, również pod darnią, kawiarnia Askaffi. Na parterze urządzone staromodnie saloniki, a na pięterku zrekonstruowane izby z epoki, bo w końcu jesteśmy w skansenie! Zjeść można rozmaite bardzo dobre ciasta i standardowe kanapki na ciemnym słodkim chlebie z peklowaną jagnięciną albo wędzonym łososiem. Do tego kawa albo herbata. Aż nie chce się wychodzić, bo na zewnątrz nadal szaro, zimno i mży.

Siglufjörður – Siglunes

Litlibaer, Galdur, Askaffi i Siglunes to wszystko miejsca, w których zatrzymaliśmy się jednego tylko dnia, podczas najdłuższej trasy tego wyjazdu – ponad 550 kilometrów. Liczba popasów dobitnie potwierdza tezę, że gdzie nie siądziemy tam jemy. Ostatni tego dnia punkt programu to kolacja w naszym hoteliku Siglunes w bardzo północnym Siglufjordur, kiedyś stolicy połowów śledzia, a dzisiaj sennym małym miasteczku. Sam hotel jest niczego sobie, urządzony nowocześnie i gustownie, z największymi w czasie naszego wyjazdu aspiracjami do „designu”, cokolwiek by to nie znaczyło. W Siglufjörður jest kilka restauracji, ale jest już późno, nigdzie się nam nie podoba i w końcu postanawiamy zjeść w hotelu. Jedzenie też jest z aspiracjami do designu, a kucharz, niejaki pan Hbib, sprowadzony przez właściciela aż z Maroka – na pewno strasznie podoba mu się klimat, w końcu jest aż z sześć stopni, a lipiec to najcieplejszy miesiąc. W programie: tagine z jagnięciny z pigwą i złotymi muskatowymi rodzynkami, sałatka z owoców morza z gruszką itp. Dobre, ale mało, bardzo drogo i czekaliśmy godzinami. W dodatku przerażeni cenami wina postanowiliśmy na wszelki wypadek zamówić tylko wodę – w przeciwieństwie do grupy zasiadających koło nas porykujących pań w wieku jeszcze bardziej średnim niż nasz, których głośność z upływem wieczoru wzrastała wprost proporcjonalnie do liczby piętrzących się na ich stole opróżnionych butelek. Nie wiedzieliśmy, czy to przedstawicielki lokalnego establishmentu, czy rozochocone turystki, ale rumor dobiegający w nocy z naszego piętra potwierdził, że jednak to drugie.

Dalvik – Kawiarnia trzech głupków

Właściwie to miejsce nazywa się „Gisli, Eirikur, Helgi” – ale w przewodniku było to uczynnie wyjaśnione jako „Kawiarnia trzech głupków”. Gisli, Eirikur i Helgi to faktycznie trzech braci-przygłupów z ludowej przypowieści. Czemu ktoś postanowił tak nazwać kawiarnię przerasta możliwości umysłowe kreślącej te wersy, co być może stawia ją w jednym szeregu z patronami tego przybytku. Faktem jest jednak, że Dalvik to kompletna dziura, za to kawiarnia jest zupełnie przyzwoita, z ogromnym wyborem okazałych i smakowicie wyglądających ciast, a w porze lunchu także z zupą rybną.

Akureyri – Fish & chips

Akureyri to drugie największe miasto Islandii – aż 18 tysięcy osób! Gastronomicznie jest to zatem niewątpliwie lokalny potentat, ale my zatrzymaliśmy się tu tylko na jakieś 2 godziny, a ponieważ nieopatrznie usiedliśmy, to już i zjedliśmy. W bezpretensjonalnymi barze fish and chips jedliśmy jedną z lepszych ryb z frytkami w życiu. Spora porcja, wszystko świeżutkie, do wyboru różne sosy, super.

Húsavík – Naustið

Húsavík to miasteczko na północy Islandii sławne z obserwowania wielorybów. Należy uczciwie wyznać, że autorka poczytnej rubryki kulinarnej nieustraszona jest tylko, gdy przychodzi do próbowania kaczych dziobów i kandyzowanych pasikoników, ale przed wielorybami stchórzyła i oczekiwała na nadbrzeżu na powrót odważniejszej części wycieczki, co zostało już opisane w stosownym fragmencie jeszcze poczytniejszej rubryki pozakulinarnej. W tym miejscu należy natomiast wskazać, że Húsavík to relatywnie duża jak na islandzkie warunki i odległą lokalizację machina turystyczna, więc i restauracji jest tam co najmniej kilka. My odwiedziliśmy restaurację Naustið, dość mało turystyczną i położoną nieco dalej od nadbrzeża, w willowym samodzielnie stojącym domu. Restauracja znana jest z dobrych ryb i owoców morza. Najlepszą potrawą był tam wybór trzech małych przystawek: minikoktajl z krewetek, jeszcze ciepły malutki bajgiel z wędzonym łososiem i kremowym serkiem i kanapka na ciemnym chlebie z plokkfisk (plokkfiskiem?). Poza tym jedliśmy zupę rybną, która na Islandii pełni funkcję schabowego z ziemniakami – jest wszędzie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>