Jesień w Macedonii

Siedem lat temu byłem w Macedonii, co prawda tylko na trzy dni, tylko w Skopje i Ochrydzie, ale kraj wydał mi się na tyle ciekawy, że wiedziałem, że wcześniej czy później do niego wrócę. Czas w końcu nadszedł i w słoneczną, październikową sobotę samolot austriackich linii wylądował w Skopje, a my w siedem osób z powodzeniem przeszliśmy kontrolę paszportową, odczytaliśmy powitalne smsy lokalnej sieci komórkowej („Welcome to Macedonia – the cradle of civilisation”) i odebraliśmy bagaże.

Siedem osób to prawie zorganizowana grupa turystów. Rzadko kiedy podróżujemy inaczej niż we dwójkę, więc logistyka była niezwyczajna. Na lotnisku czekał na nas bus z kierowcą na pierwsze dwa dni. Później często korzystaliśmy z taksówek, co okazywało się niewiele droższe, za to o wiele szybsze od autobusów. Wszystkie noclegi zarezerwowaliśmy z góry – niby po sezonie, ale mogło to działać zarówno na naszą korzyść (brak turystów, których i tak nigdy nie ma za wielu), jak i niekorzyść (część pensjonatów była zamknięta).

Program nieco ponad tygodniowego pobytu był prosty: wino – jedzenie – góry – jeziora – Skopje. Zaczynamy więc od winnego regionu Tikves. Winiarstwo robi się coraz bardziej popularne w Macedonii, nic dziwnego, bo warunki atmosferyczne sprzyjają, tradycje są, właściwie każdy na wsi pędzi swoje wino, więc czemu nie zająć się tym na większą skalę? Zwłaszcza, że siła robocza tania (oficjalne bezrobocie wynosi blisko 30%, a średnia pensja ok. 300 dolarów, a na prowincji jeszcze mniej). Sklepy pełne są więc lokalnej produkcji, która jest tania i całkiem dobra. No, może „przyzwoita” jest lepszym słowem. W czasie pobytu w Macedonii trafiliśmy na kilka win, które bardzo nam smakowały (jak np. Vranec z winnicy Stobi za 3 euro), ale jak dowodzą inne nasze zakupy, a także nieudane próby wprowadzenia tamtejszych win na polski rynek, nie jest to bynajmniej reguła. Wino nie jest zresztą dla Macedończyków alkoholem pierwszego wyboru – jest nim rakija, starzony w beczce winny destylat, czyli mniej więcej to co brandy, koniak lub armaniak.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Winnica, którą odwiedziliśmy (Traikovsky) też specjalizuje się bardziej w mocnych alkoholach, niż winach. Właścicielka bez skrępowania przyznaje, że jak wino wyjdzie słabe, to nic strasznego, bo je przerabiają na rakiję. I rzeczywiście, wina od Traikovskiego smakują nam przeciętnie, ale za to rakija jest taka pyszna, że na koniec degustacji kupujemy kilka litrowych butelek, które będą nam służyć przez kolejne dni. Degustacji towarzyszy poczęstunek, w chłodne ale słoneczne popołudnie siedzimy w ogrodzie, pod starym orzechowcem, objadając się różnymi rodzajami (głównie owczego) sera, wędlinami, ajwarem, pomidorami – wszystko pyszne, chyba ze względu na liczbę ludności masowa produkcja żywności w Macedonii się po prostu nie opłaca. Nawet w supermarketach liczba „E” na opakowaniach żywności jest znacznie mniejsza, niż w Polsce (może nie piszą wszystkiego…). Po przystawkach na stół trafia tawcze grawcze (zapiekana w foremkach fasola z sosem pomidorowym) i turli tava, rodzaj gulaszu z dwoma rodzajami mięsa, ziemniakami, bakłażanem, marchewką. Pierwszego dnia mamy więc już przegląd tradycyjnych dań macedońskiej kuchni. Do tego czekoladowa alva (chałwa) i zmęczeni całodzienną podróżą możemy iść spać. A, zapomniałem jeszcze o paru szklaneczkach rakii.
Kolejne dni spędzamy w górach, u podnóży góry Pelister, właściwie tuż za granicą parku narodowego. Góry w południowej, słabo zaludnionej części kraju są rozległe, pokryte lasami. Takie Bieszczady, tylko tysiąc metrów wyższe. Gdzieniegdzie pojawi się jakiś dom, cerkiew, rzadziej wioska.

Mieszkaliśmy w Dihovo, kilka kilometrów od Bitoli (drugiego co do wielkości w kraju, niespełna stutysięcznego miasta). Brak większych (poza naszym gospodarstwem agroturystycznym i jego gośćmi) atrakcji w Dihovo skłaniał nas do spacerów po okolicy. Byliśmy więc na małej bitolskiej starówce, na którą składa się plątanina małych uliczek z czasów tureckich, obecnie służąca jako handlowe centrum miasta. Odwiedziliśmy też położone na południowych obrzeżach miasta ruiny z czasów greckich, Heraclea Lyncestis, założonego w 4 roku przed naszą erą przez Filipa Macedońskiego, później przejętego przez Rzymian. Jedynie kilka późniejszych warstw z czasów rzymskich jest odsłoniętych, chodziliśmy dosłownie po mozaikach bazylik z V wieku, jest też amfiteatr – brak tylko turystów.

Heraklea

Heraklea

Dwa dni spędziliśmy na górze Pelister – to trzecia największa góra w Macedonii, liczy 2601 metrów. Podejście jest całkiem strome – 1200 metrów różnicy wysokości pokonuje się w cztery godziny, by wyjść na szczyt koło betonowej stacji przekaźnikowej TV, do której można też naokoło dojechać szutrową drogą. Na grzbiecie widać jeszcze ślady po okopach i umocnieniach, bo tędy przebiegała linia frontu w trakcie I wojny światowej. Kolejne dwie i pół godziny, i dochodzimy do małego schroniska nad Wielkim Jeziorem (jakieś 2200 metrów npm) – najwyższa pora, bo zaczyna się robić ciemno, wieje wiatr, temperatura spadła do 5 stopni. Na jeziorze widać białe grzywy fal – pewnie piąty stopień Beauforta:) Schronisko to zresztą dużo powiedziane – mała chata pomieści trzydzieści osób, ale używana jest właściwie tylko w sezonie, i to głównie w weekendy, przez miejscowych przewodników. W drugiej połowie października schronisko jest zabite dechami, ale nasz przewodnik wysłał tu uprzednio umyślnego z aprowizacją, więc czeka na nas ciepła herbata, a po godzinie zaczyna się uczta.

Nie wszystkie wydarzenia tego wieczora pozostały w naszej pamięci – to zasługa sączonej powoli rakii, a także wina. Oprócz tego zaserwowano nam między innymi szopską sałatkę, warzywne pikle, dwa rodzaje owczego sera, pieczone na blasze borowiki, uczciwą domową kiełbasę z grilla, pieczonego kurczaka. Prawdziwa, i to zupełnie niespodziewana, uczta. Niedostatek znajomości języka macedońskiego u nas, a polskiego u gospodarzy, szybko ustąpił miejsca wzajemnemu zrozumieniu, podkreślanemu kolejnymi toastami. Na koniec tego pamiętnego wieczoru usłyszałem „ty razbirasz makedonski” i usatysfakcjonowany poznaniem nowego języka udałem się na zasłużony odpoczynek. Pięciogodzinna droga w dół do miejscowości Brajcino była może trochę monotonna, ale widokowo równie piękna, co trasa z poprzedniego dnia. Zamiast lasu sosnowego z endemiczną, pięcioigłową moliką mieliśmy głównie lasy bukowe i dębowe – piękne o tej porze roku. Przez całe dwa dni nie spotkaliśmy (poza naszym przewodnikiem i kuchcikiem) żadnych innych turystów, zwierzęta też się jakoś pochowały, więc zamiast niedźwiedzi widzieliśmy zaledwie ich kupy.

park narodowy Pelister

park narodowy Pelister

Z Brajcino mieliśmy już uprzednio zamówiony samochód, który zawieźć nas miał do Ochrydu, gdzie zaplanowaliśmy kolejne trzy dni. Pogoda nam się popsuła, złota macedońska jesień skończyła, a na Pelisterze dzień po naszym pobycie spadł śnieg… W Ochrydzie mżyło codziennie, było zimno i jesiennie, więc zwiedzanie tego wpisanego na listę UNESCO miasta całkiem często przerywaliśmy postojami na szklaneczkę rakii albo filiżankę kawy. Kawie należy się zresztą osobna wzmianka, bo w Macedonii mają kulturę picia kawy, co zapewne związane jest z przeszłą obecnością Turków na tych terenach. W rezultacie nie dość, że łatwo trafić na zupełnie przyzwoite macchiato, to jeszcze nie kosztuje ono z reguły więcej niż 40 denarów (czyli 3 złote), no chyba, że „golemo makijato”, czyli podwójne – za 50 denarów.

kościół św. Jovana w Ochrydzie

jezioro Ochrydzkie

Pogoda zniechęciła nas skutecznie do pływania środkami komunikacji wodnej po jeziorze Ochrydzkim, a szkoda, bo mieliśmy to w planach. Widzieliśmy za to wodę niemal z każdej innej perspektywy, bo otacza ona ochrydzką starówkę, a gdy pogoda jest sztormowa (jak w trakcie naszego pobytu) wprost wdziera się na chodniki i pomosty wymuszając nadkładanie drogi do domu, w którym mieszkaliśmy (i którego taras też był regularnie zalewany).

widok z naszego domu nad jeziorem Ochrydzkim

Droga z Ochrydu do Skopje wiedzie przez zachodnią część Macedonii, momentami kilkanaście kilometrów od granicy z Albanią, czy Kosowem. Pomimo tego dziwią albańskie flagi na wysokich masztach, w krajobrazie konkurujące jedynie z minaretami meczetów. W niektórych miejscowościach 90% ludności jest pochodzenia albańskiego i Macedończycy, z którymi rozmawialiśmy, pesymistycznie wypowiadali się o przyszłości tych terenów i w ogóle o spójności terytorialnej państwa. Albańczycy jak wiadomo epatują pojęciem „Wielkiej Albanii”, Grecy mają swoje zastrzeżenia do nazwy „Macedonia” (stąd dziwaczne „FYROM”), a Bułgarzy uznają macedoński za dialekt bułgarskiego i przyznają (unijny!) paszport każdemu, kogo rodzice urodzili się na terenie byłej, „wielkiej” Bułgarii. Z każdej strony pod górkę mają więc Macedończycy i tym chyba tłumaczyć trzeba ten koszmar, który zaserwowały władze mieszkańcom Skopje i wszystkim odwiedzającym to miasto.

Program „Skopje 2014”, bo o nim mowa, polegał na ścisłym obsadzeniu centrum miasta nowiutkimi (ale stylizowanymi na zabytkowe) gmachami muzeów, ministerstw, teatru narodowego. Zbudowano lokalną wersję łuku triumfalnego (Porta Macedonia), wystawiono kilkaset pomników (w każdej chwili i w każdym miejscu w zasięgu wzroku w centrum miasta jest ich co najmniej kilkanaście), a w koryto rzeki wbudowano betonowe pale, na których zaplanowano murowane galeony, mające zapewne mieścić restauracje. Do tego grające i podświetlane fontanny zwieńczone obowiązkowym Aleksandrem Macedońskim, Filipem Drugim lub alegorią macedońskiego macierzyństwa, w otoczeniu lwów z podniesioną jedną łapą. Wszystko to oczywiście bez żadnego związku z tym, jak centrum wyglądało kiedykolwiek w przeszłości (ale to nas nie zdziwiło po tym, jak zobaczyliśmy jak odnawia się zabytki w Ochrydzie). Już sam nie wiem, czy efekt jest bardziej tragiczny, żenujący, czy groteskowy. W każdym razie centrum Skopje nie stało się dzięki niemu żywą i tłumnie uczęszczaną przez mieszkańców przez cały rok dzielnicą…

Całe szczęście, że więcej autentyczności zachowała turecka część miasta po drugiej stronie rzeki Vardar. Plątanina małych uliczek robi fajne wrażenie, zachęca do spacerów, zarówno w ciągu dnia, gdy czynne są sklepy (w końcu to bazar), jak i wieczorem, gdy otwierają się knajpy. W oba wieczory spędzone w Skopje mijaliśmy więc bogato oświetlone i rzęsiście zlewane fontannami pomniki macedońskich władców i wojowników, i kamiennym mostem przechodziliśmy do starej dzielnicy, gdzie można było znaleźć się poza zasięgiem rażenia chorego architekta.

"turecka" część Skopje

Opuszczaliśmy Skopje z pewną ulgą. Szkoda, że wielce pozytywne wrażenia (także wizualne) z poprzednich dni zostały zatarte tym dramatycznie kiczowatym bezguściem. Spójrzcie zresztą sami:

galeon na rzeca Vardar w Skopje

Łuk triumfalny w Skopje

Skopje

Cała galeria zdjęć z Macedonii autorstwa syndykatu współpodróżujących znajduje się tutaj.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>