Mount Kinabalu

A przeciez po Kilimandzaro wszystko mialo byc latwiejsze. I Mount Kinabalu nizszy (4095 metrow zamiast 5855) i jakis taki bardziej dostepny sie wydaje. No i mozna zalatwic sprawe tam i z powrotem w dwadziescia pare godzin. Ostatecznie sie udalo, ale latwo nie bylo…

Zaczelo sie jak zwykle od wczesnej pobudki, bo o 6.30 czekal transport wspoldzielony z dwojka innych przyszlych „zdobywcow”. Para Anglikow zdolala usnac w trakcie poltoragodzinnej szalenczej jazdy kierowcy, ja nie:/ W parku narodowym zalatwianie formalnosci, oplaty, przewodnik itp. O 9.30 ruszylem w gore i szlo jak z platka: juz po czterech godzinach i kwadransie pokonalem 6 km – na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, ze odleglosc w pionie wyniosla ok. 1450 metrow – ok. 1850 metrow w bazie do 3300 przy schronisku (chodzi ktos z czytelnikow po Tatrach?). Tego dnia lacznie 140 osob zaplacilo po ok. 800 ringgitow (przelicznik jest – dla Polakow prosty: 1 ringgit w przyblizeniu odpowiada zlotowce), by wdrapac sie na gore plus przewodnicy i tragarze wnoszacy do schroniska wszystko, co moze tam byc potrzebne (jedzenie, butle gazowe, kto tam wie co jeszcze) – na szlaku byl niezly tlok. Krajobraz sie zmienial, najpierw dosc gesty las, pozniej ustepowal miejsca czemus, co Europejczyk nazwalby „pietrem kosodrzewiny” (choc oczywiscie zadnych roslin iglastych tam nie ma). Im wyzej tym wiecej skal, a sam wierzcholek jest wlasciwie litym kawalem granitu.

Podejscie bylo – jak mowia liczby – strome, ale pierwszy dzien to dopiero poczatek. Dalszy plan przewidywal obiad (16.30-19), wczesne pojscie spac (staralem sie jak moglem zasnac o 21), takiez wstanie (2 rano, a raczej w nocy…) i o godzinie trzeciej wymarsz na szczyt. Kolejne 2.7 km (+ prawie 800 metrow roznicy wysokosci) zajely mi regulaminowe dwie godziny i trzy kwadranse, dzieki czemu stanalem na szczycie w godzinie idealnej do obserwacji wschodu slonca i tego typu atrakcji. A wcześniej jedynym źródłem światła był wschodzący księżyć i czołówki maruderów wchodzących dopiero na górę:

mount kinabalu księżyć

mount kinabalu homik

A pogoda byla idealna, choc jeszcze dzien wczesniej klebily sie chmury i mzylo z piec razy w ciagu dnia. Zdjecia zostaly zrobione, wiec zawracam.

mount kinabalu

mount kinabalu homik zejście

Poltorej godziny pozwolily zejsc do schroniska, zgarnac wszystko do plecaka, zjesc sniadanie i wyruszyc w dol. I tu sie zaczelo – a jeszcze kilkanascie minut wczesniej przy sniadaniu zadowolony myslalem, ze to szesc kilometrow tylko, w dodatku fajnie sie powinno isc, bo ladna pogoda dala okazje (ktorej nie dala poprzedniego dnia) do obserwowania lokalnej flory – a podobno polowa tej flory jest endemiczna dla masywu Mount Kinabalu.

mount kinabalu

mount kinabalu

mount kinabalu dzbanecznik

Tak powinno byc, a w rzeczywistosci ostatnie dwa kilometry mnie wykonczyly, schodzilem na nogach z waty niemal w takim tempie, w jakim wchodzilem poprzedniego dnia! Dosc powiedziec, ze droge ze schroniska w dol pokonalem w 3,5 godziny (a dzien wczesniej wszedlem w 4 godziny i 15 minut). Masakra! W dodatku juz czuje, ze przez najblizszych kilka dni bede pokonywal najmniejsze nawet odleglosci pionowe nie za pomoca sily moich miesni, ale w sposob wspomagany mechanicznie. Pierwsza okazja juz jutro – lecimy z Kota Kinabalu (ktore jest calkiem fajnym miastem i zasluguje na kilka osobnych zdan) na wyspe Penang, ktora na pewno doczeka sie niejednego wpisu w przyszlym tygodniu.
mount kinabalu zmrok

mount kinabalu sunrise

One thought on “Mount Kinabalu

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>