Trzy dni w malezyjskiej dzungli

Jako sie rzeklo, w poniedzialek rano o 6.25 wsiedlismy w samolot wyprodukowany przez znana i lubiana przez Polakow marke ATR, i juz po godzinie wyladowalismy we wschodniej czesci malezyjskiego Borneo w miejscowosci Lahad Datu. Celowo uzywam slowa „miejscowosc”, choc przewodnik utrzymuje, ze jest to miejsce zamieszkania 220 tysiecy osob – naprawde nie widac tego ani z gory, ani tym bardziej gdy przez miasto sie przejezdza.

Lahad Datu jest brama do wschodniej czesci stanu Sabah. Jesli ktos surfuje, jedzie w dzungle, chce sie posiedziec na plazy, albo dac sie porwac filipinskim piratom (bylo kilka incydentow w ostatnich latach), to jest duza szansa, ze przejedzie przez Lahad Datu. Przy lotnisku, ktore przyjmuje i odprawia po piec lotow dziennie, stoi pomnik nosorozca. Pewnie niedlugo bedzie to jedyny nosorozec na Borneo (teraz w Sabah jest ich trzydziesci).

Z lotniska ruszylismy pick-upem w trzygodzinna droge do doliny Danum. To jeden z niewielu pozostalych fragmentow pierwotnej puszczy na Borneo. Sam rezerwat Danum Valley liczy czterdziesci kilka tysiecy hektarow i jest otoczony przez obszar eksploatowanego przez czlowieka lasu wtornego („secondary forest”), ktory z kolei otoczony jest (co widac dobrze z powietrza) wszechobecnymi plantacjami palmy olejowej – stanowia one juz 30% powierzchni malezyjskiego Borneo. Serce sie kraje, gdy widzi sie to spustoszenie i obserwuje postep prac nad oddrzewianiem wyspy. Jedynie w Brunei wladze poszly po rozum do glowy i – nie muszac wycinac dzungli z powodow ekonomicznych, bo przeciez maja rope – utrzymuja pierwotny charakter lasu tropikalnego na wiekszosci terenu panstwa.

Trzy dni w Danum Valley pozwolily nam: obejsc wiekszosc dostepnych szlakow i sciezek, dwukrotnie dac sie doszczednie zlac tropikalnej ulewie, zostac ugryzionym przez pijawki, a takze zobaczyc wiele zwierzat, o ktorych w nastepnym wpisie napisze Ania.

Malezyjskie „safari” (w cudzyslowie, bo z uwagi na brak niebezpiecznych zwierzat mozna chodzic po lesie) zdecydowanie rozni sie od afrykanskiego. Na Czarnym Ladzie po dwoch godzinach safari padaja slow „slon! ooo, znowu slon…”. Jak sa zebry – to od razu dwiescie. Jak antylopy – to czterdziesci. Nawet lwy rzadko chodza w pojedynke. Na Borneo trzeba sie bardziej nameczyc, trudno nawet zrobic dobre zdjecie, zwierzat jest mniej, ale za to gatunkow – wiecej.

danum valley deszcz

danum valley

danum valley durian

danum valley figowiec

Teraz jestesmy z powrotem w Kota Kinabalu. Jutro (po raz piaty w ciagu pieciu dni) zrywam sie o 6 rano – Mount Kinabalu czeka. Dzis po drodze z Lahad Datu przelatywalismy obok szczytu (bo ATR wyzej niz na 5000 metrow sie nie wzbil) w pieknym zachodzacym sloncu. Oby jutro nie padalo:)

kota kinabalu lotnisko

One thought on “Trzy dni w malezyjskiej dzungli

  1. Komentarz będzie kulinarny i edukacyjny. Znacie na pewno wyroby seropodobne. Są też wyroby śmietanopodobne, a nawet mlekopodobne. W większości tych produktów tłuszcz zwierzęcy został zastąpiony tłuszczem roślinnym – przeważnie olejem palmowym, pozyskiwanym z palm, o których Homik tu tak ładnie pisze z lotu ptaka. Zanim więc ktoś zamówi pizzę za 12 zł i dostanie drugą gratis (obydwie będą z serem palmowym) albo kupi w sklepie produkt „UHT Łąkowe” z krową i trawą w grafice, niech ma świadomość, że niszczy w ten sposób azjatyckie dżungle ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>