„Arabian adventure”

To nie miało być hasło przewodnie naszego wyjazdu. To nazwa firmy, ktora zajęła sie nami w okresie 23-godzinnego pobytu w Dubaju, po drodze do Kuala Lumpur. Kto wie jednak, czy nazwa tego pośrednika na dłużej nie zostanie w naszych głowach. Ale od poczatku:

Wylecielismy z Warszawy w piątek po południu z zamiarem spędzenia doby w Dubaju – natura finansisty kazała mi przyjrzeć sie temu „cudowi gospodarczemu” (ratowanemu zresztą z opresji trzy lata temu przez inny emirat…). Odkąd Emirates latają do Warszawy, jest program, ktory umozliwia chętnym rezerwację hotelu z dowolnie późnym check-outem, transfer z lotniska i na lotnisko, a przede wszystkim wizy – wszystko to w umiarkowanej cenie organizuje właśnie firma Arabian Adventures.

Lot do Dubaju przebiegł w porządku, lądowanie też, problemy zaczęły sie dopiero na lotnisku. Podczas skanowania bagażu cos zwróciło uwage pani oficer i poproszono Anie o rozpakowanie plecaka, a następnie o paszport, a następnie zaprowadzono do posterunku policji, bo w bagazu byla… bransoletka z koralikami i jedną (!) pustą łuską naboju (!!). W toku przesłuchania okazało się, że tego typu artefaktów do Zjednoczonych Emiratów Arabskich przywozić nie wolno (hmm, ciekawe jaką ten kraj pełni rolę w regionalnej redystrybucji broni i amunicji na Bliskim Wschodzie…). Bransoletkę skonfiskowano (na szczeście pozwolono Ani ja rozciąć i zabrać ze sobą kamienie, a zostawić sam nabój), protokół spisano, a Ania musiala podpisać sie pod oświadczeniem, które w języku arabskim głosiło podobno, że już nigdy, przenigdy nie przywiezie czegoś podobnego do Emiratów. No wiec podpisała, bo więcej sie nie wybiera. Łącznie półtorej godziny stracone na lotnisku, zdarza sie. Takie to „arabskie przygody”.

Nastepnęgo dnia (to już sobota) wyruszyliśmy w miasto podziwiać skutki wydawania ogromnych pieniędzy. Wysokościowce, osiedla mieszkalne, nowe drogi – przejeżdzając obok miałem wrażenie, że ogladam film o chińskich „ghost towns”. To jednak nie Chiny, tylko Dubaj, tu sa pieniądze, więc buduje się dalej, nawet pomimo tego, że stojący obok budynek skończony dwa lata temu nadal stoi pusty. Zobaczymy do czego doprowadzi ich ta gorączka i jak poradzą sobie z obsługą tej kosztownej infrastruktury (centra handlowe o powierzchni 400 tysiecy mkw, klimatyzowane dwukilometrowe kładki, wyczesane metro, nowiutka marina), jak ropa bedzie w końcu po 40 dolarow:)

dubaj burj khalifa

dubaj marina

Opuścilismy więc Dubaj z mocno mieszanymi uczuciami, i po 7 godzinach znaleźlismy się w Kuala Lumpur, gdzie zmieniliśmy lotnisko i po kolejnych 4 godzinach wystartowaliśmy na Borneo. W Kota Kinabalu wyladowaliśmy w niedzielę po 15 i tu jest znacznie fajniej (i smaczniej!). A już w poniedziałek rano wyjeżdzamy do dżungli – prawdę mowiąc z powietrza widać, że niedużo jej już zostalo na wyspie, wszedzie tylko plantacje palmy olejowej. Mamy nadzieje, że przynajmniej w parku narodowym nie sadzą palm, ale to zrelacjonujemy za parę dni.

2 thoughts on “„Arabian adventure”

  1. no to emocjonujący początek ;) a można było wziąć koraliki z puszki pandora a się ekstrawagancji zachciało ;)
    miłego dżunglowania
    KoWaL

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>