Weekend w Sztokholmie

Część majowego weekendu spędziliśmy w Sztokholmie. Była to nasza pierwsza (lecz jak się teraz okazuje – na pewno nie ostatnia) wizyta w tym mieście, więc przygotowaliśmy się do niej dość skrupulatnie, starając się jednakże nie przeładowywać sobie programu, bo byliśmy trochę zmęczeni po całym kwietniu.

Najwięcej czasu spędziliśmy ordynarnie snując się po ulicach i przyglądając się, jak Sztokholmczykom czas przecieka przez palce, albo może inaczej – miło mija na lunchach, brunchach i zakupach, np. w takim sklepie z designem z uroczo oblepiona witryna:

witryna-sklepowa

Pogoda udała nam się wyjątkowo – 15-18 stopni i bezchmurne niebo – to nie zdarza się w Skandynawii zbyt często, a zwłaszcza o tej porze roku. Zarówno Szwedzi, jak i turyści chętnie z tego korzystali spacerując po nabrzeżach, organizując pikniki w parkach i zabierając dzieci na wyspę Djurgarden, taki swoisty park rozrywki z wesołym miasteczkiem, czymś w rodzaju zoo i ogromnym parkiem. My też tam byliśmy, ale że nie spodziewaliśmy się aż takiego stopnia zagospodarowania, to wróciliśmy do centrum, gdzie natrafiliśmy na cały plac obrośnięty kwitnącymi wiśniami:

kwiaty

Sama starówka nieco zawodzi i na pewno nie jest miejscem, gdzie omawiają się ze sobą miejscowi. Przypomina bardziej starówkę warszawska pod tym względem… Znacznie fajniejszych widoków dostarczają po prostu spacery pomiędzy poszczególnymi wyspami, albo wręcz przejażdżki promami:

nabrzeze

Oprócz tzw. ogólnego wrażenia najbardziej podobała nam się (i polecamy odwiedzić niektóre, jeśli ktoś się interesuje!) mnogość sklepów z designem. Taki na przykład Svensk Tenn bardziej przypomina muzeum niż sklep, a jest ich o wiele więcej, zwłaszcza na ulicy Nybrogatan w dzielnicy Ostermalm, która najbardziej przypadła nam do gustu.

Byliśmy też w muzeum fotografii Fotografiska, gdzie trafiliśmy na kilka fajny wystaw, m.in. Heleny Blomquist, która swoje zdjęcia przetwarza i obrabia, tak, że końcowy efekt bardziej przypomina ilustracje do „Alicji w krainie czarów”, niż prawdziwe zdjęcie… Buło też kilka innych wystaw, m.in. ze zdjęciami z koncertów.

galeria-01

galeria-02

Jak widać na zdjęciu powyżej, byliśmy też w muzeum sztuki nowoczesnej Moderna Museet. Część wystaw akurat była w reorganizacji, a to co było szczególnie nas nie powaliło, no może poza księgarnią z albumami :) myślę, że każde polskie muzeum takiego zazdrości. Podobnie zresztą jak muzealnej kantyny… I w ten o to płynny sposób możemy teraz przejść do opisu sceny kulinarno-cocktailowej Sztokholmu, która przypadła nam do gustu nie mniej, niż samo miasto!

Lux
Jakość tego miejsca odpowiada jego nazwie, która zresztą jest sprytnym nawiązaniem do lokalizacji w byłej fabryce firmy Electrolux. Położona z dala od centrum, w poprzemysłowym budynku na obrzeżu dzielnicy mieszkalnej, ta restauracja jest jednak ze wszech miar warta małej wycieczki, zwłaszcza że spacery po Sztokholmie mają wiele uroku.

Lux to jeden z przykładów odrodzenia kuchni szwedzkiej, które miało miejsce w ostatnich 10 latach. Przedtem większość restauracji była tam ukierunkowana na kuchnię zagraniczną, teraz następuje zmiana trendu, i bardzo dobrze, bo w Szwecji jest mało skażone środowisko i całe mnóstwo pysznych i naturalnych składników. W Lux mają duże nastawienie na korzystanie z lokalnych składników od zweryfikowanych dostawców. Mają nawet własną krowę Luxę! To wszystko nie jest tylko takim tam wstępnym gadaniem – trzeba zrozumieć, że przedtem w rdzennie szwedzkiej gastronomii była nędza i właśnie osoby takie jak tutejszy szef kuchni Henrik Norström odmieniły jej oblicze dosłownie w ostatnich latach.

Jeśli chodzi o atmosferę to w Lux jest raczej delux: tabun kelnerów, obrusy i te sprawy, nie można rzucać się jedzeniem ani gonić wokół stolika. No ale gwiazdka od Michelina zobowiązuje – na szczęście tylko jedna, bo od dwóch wzwyż zazwyczaj jedzenie nadaje się już głównie do oglądania. Zamówiliśmy menu degustacyjne, był to dobry ruch, bo otrzymaliśmy łącznie chyba tuzin niewielkich dań, która dały kompleksowy przegląd tamecznej kuchni. Dania są przygotowane z surowców najwyższej jakości, przyrządzone w sposób jak najmniej ingerujący w ich naturalny smak, z elementem widowiskowości – a to przynoszą w kociołku artystycznie ułożone małże na surowo żeby można je było obejrzeć przed ugotowaniem, a to na odkrytym palenisku tuż przy gościach podwędzają jagnięcinę nad tlącymi się ziołami. Dania co prawda są podawane w sposób, za którym nie przepadam, polegający na rozrzuceniu tu i ówdzie po talerzu rozmaitych mazów i kopczyków, ale smak rewelacyjny. W menu miejscowe ryby i owoce morza, jagnięcina, reniferzyna (!), lokalne sery, pasternak, rabarbar, arktyczne maliny itp. Ogólnie – naprawdę warto.

B.A.R.
Tak się składa, że obie najfajniejsze restauracje, w których byliśmy, należą do tej samej grupy. BAR to jednak miejsce z zupełnie inne beczki – tańsza (no, jak na Szwecję), bardziej gwarna i nieformalna knajpa nastawiona na proste, często grillowane dania z ryb i owoców, morza, z domieszką mięs. Do tego fryty, sosy – nic skomplikowanego ale jest bardzo smakowicie i sympatycznie. W karcie na przykład wędzone krewetki, kanapka ze śledziem i ikrą na żytnim chlebie, grillowane ryby typu zobacz co dziś mamy a my ci to zgrillujemy i podamy z wybranymi dodatkami, a nawet fish & chips. Fajne miejsce żeby wybrać się w kilka osób i biesiadować przekrzykując się nawzajem. Rezerwacja jest niezbędna, zresztą tak jak i w Lux.

The Gold Bar
Bar w luksusowym hotelu Nobis, utytułowany mianem najlepszego baru Szwecji 2011, i bardzo słusznie – nie byliśmy co prawda (niestety) we wszystkich barach w Szwecji, ale dla nas jest to numer 1 ze wszystkich barów, nie tylko w Szwecji. Barman Robert Radovic z Nowego Jorku gada jak opętany (wiadomo, jest z Nowego Jorku), ale przy tym wymiata pyszne drinki. Jego szwedzki kolega Mattias Skoog ma sposób bycia bardziej wyciszony, ale jest nie mniej sympatyczny i profesjonalny. To bar dla dorosłych, w stylu trochę glamour, ale w miarę przytulny. Już przy drugiej wizycie barmani nas poznają, zagadują i pamiętają, co piliśmy. Lista drinków (przepraszam, koktajli!) jest niezbyt długa, ale świetnie skomponowana, a każdy jest w swojej klasie wyśmienity. Dla nas idolem był Southern Winds z dodatkiem syropu na bazie sztokholmskiej herbaty owocowej söderte, ale Strawberry Basil Smash z wódką, truskawkami i bazylią zgniecionymi i podanymi w staromodnym słoiczku na konfiturę też robi wrażenie. Na życzenie zrobią zresztą co się chce, tu naprawdę znają się na rzeczy. Warto usiąść przy barze i śledzić poczynania barmanów, może się człowiek przy okazji czegoś nauczy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>