Street food

W Birmie pojęcie jedzenia ulicznego jest właściwie mało trafne, bo – podobnie jak w Wietnamie, Tajlandii i Azji Południowo-Wschodniej w ogólności – na ulicy można zjeść dokładnie wszystko. I często bywa to znakomitym wyborem, oczywiście jeśli ktoś nie jest nadmiernie przewrażliwiony na punkcie higieny, estetyki, atmosfery, obsługi i innych zaniedbywalnych poza kulinarnych kryteriów.

Dobrym polem do ulicznych badań kulinarnych jest Rangun, gdzie są całe ulice poświęcone określonemu typowi jedzenia.

I tak, można na przykład iść w miejsce, gdzie podaje się sałatki z samosy. Mówiłam już, że w Birmie sałatkę zrobią ze wszystkiego – dla mniej zorientowanych to tak, jakby w Polsce ktoś robił sałatkę z ruskich pierogów. Samosy to smażone w głębokim tłuszczu trójkątne pierogi z pikantnym farszem, najczęściej warzywnym (np. ziemniaki i zielony groszek). W tej wersji są pokrojone w plasterki, artystycznie usypane w kopczyk w misce wraz z toną różnych warzyw, aromatycznych ziół i przypraw, polane łyżką pikantnego wywaru i podane. Cena – 300 kyatów czyli jakieś 1,80 zł.

Jeśli ktoś lubi słodycze (ja tak!!! jak ktoś mnie widział to wie), to w Rangunie są okolice z hinduskimi słodyczami. W przeciwieństwie do kuchni azjatyckiej, w kuchni hinduskiej używa się dużo produktów mlecznych: jogurtu, masła, twarogu. W deserach daje to efekty iście ekstatyczne, maślane, aromatyczne, słodkie i kremowe. I tak na przykład można zjeść kulfi, czyli indyjskie lody na bazie mleka skondensowanego, gulab jamun czyli kulki z mlecznego ciasta smażonego w klarowanym maśle a potem zatopionego w różanym syropie, różne rodzaje barfi czyli kostek z mleka z cukrem wygotowanego na gęstą pastę i różnych dodatków smakowych. I tak można by wyliczać w nieskończoność. Pycha.

Herbaciarnie też właściwie podpadają pod street food, bo często są po prostu na ulicy, pod gołym niebem, a tylko z zapleczem. Co tam można zjeść to już donosiliśmy, ale wybór bywa naprawdę gigantyczny, chińskie bułeczki na parze, miski makaronu z dodatkami, gęsta i gorąca rybna zupa, smażone pierożki, słodkie bułki z fasolowym nadzieniem, i tak dalej. Do tego gorąca, słodka i mocna herbata ze słodzonym mlekiem skondensowanym.

Ponadto widuje się stoiska z małymi szaszłyczkami. Niestety to nie to co w Tajlandii, gdzie są całe kramy specjalizujące się w szaszłykach z bezkręgowców (chrząszcze, pasikoniki, pędraki itp.), tu oferta jest bardziej standardowa – kawałki ryb, mięsa i warzyw. Wybiera się co się chce, grillują na poczekaniu.

Aha, chociaż oczywiście wiem, że nie wolno, bo to strasznie niebezpieczne, to można też kupić na ulicy wszelkie owoce, już pokrajane i przysposobione do spożycia – kawałki ananasów, mango, śmierdzące duriany, rambutany itd. Ja tam nie lubię bo owoce to dla mnie za zdrowo, ale z reporterskiego obowiązku informuję.

Nie wspomnę o makaronach we wszelkiej postaci – od podawanych na gorąco i zalanych pikantnym sosem, z kolendrą, dymką, chili, sosem rybnym, do podawanych na zimno w formie sałatki – a że o sałatkach już było co nieco mowa, to nie zdziwicie się pewnie jeśli powiem, że w Birmie jest nawet sałatka z trzech rodzajów makaronu, ryżu i ziemniaków!

I tym na dzisiaj zakończę. A żeby zachować kosmopolityczny charakter niniejszej opiniotwórczej rubryki, następnym razem Machova będzie się ofiarnie obżerać w Sztokholmie i potem Wam o tym szczegółowo napisze. Stay tuned!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>