Kulinaria Afryka 2010

Z pewnym opóźnieniem i niekoniecznie chronologicznie, ale za to dość wnikliwie przedstawiamy co warto zjeść w południowej Afryce:

ROOIBOS

Każdy, kto czytał o przygodach Mmy Ramotswe i pana JLB Matekoniego, wie, że w Afryce w sytuacjach kryzysowych nie należy podejmować żadnych pochopnych działań (zdaje się, że zgodnie z miejscową opinią dotyczy to sytuacji nie tylko kryzysowych), lecz spokojnie zaparzyć sobie rooibos, czyli herbatę z czerwonokrzewu. Rzeczywiście rooibos jest wszędzie, w torebkach jak herbata. Napar daje czerwonobrązowy, a smak ma trochę herbaty, a trochę siana. W sam raz na upał.

JAJKA

Wydaje nam się, że w Afryce ustanowiliśmy życiowy rekord liczby zjedzonych jajek – biorąc pod uwagę, że codziennie zjadaliśmy co najmniej dwa na osobę, poszło ich ze sto! Cały hufiec kur miał pełne – że się tak wyrażę – ręce roboty, żeby zapewnić nam pożywne śniadania. Ale warto było, bo jajka, podobnie jak mięso, mają w Botswanie i Namibii super jakość. W ogóle zasada jest taka, że żywność nieprzetworzona jest bardzo dobra, bo środowisko jest mało skażone, a sposoby produkcji mało rozwinięte. Natomiast żywność przetworzona – jogurty, ciasteczka itp. – to istny dramat i żenada, w dodatku wszystko importowane z RPA. W jogurcie natrafienie na śladowe choćby ilości owoców sugerowanych nazwą nie jest możliwe, w ciasteczkach występują same składniki o nazwach zaczynających się na di- i tri-, i tak dalej. Wydaje się to niemożliwe, ale naprawdę – jest pod tym względem nawet gorzej niż w USA!

ANTYLOPY

W zasadzie rozdział „Antylopy” powinien znajdować się w rubryce „Fauna”, ale że takiej na razie nie ma, tymczasowo ląduje w rubryce „Kulinaria”. Kiedy za pierwszym razem w obskurnym fast foodzie w motelu w Uis na pytanie, z czego jest stek, znudzona kelnerka stukając ołówkiem w notesik odburknęła „Oryks…”, myśleliśmy, że to uszczypliwy żarcik dla dociekliwych klientów. Ale potem już były: steki z oryksa, polędwica z kudu, a nawet ozorki ze springboka. Nie można powiedzieć, bardzo smaczne, chociaż element etyczny nie dawał spokoju. Antylop, przynajmniej tych zjadalnych, jest co prawda pod dostatkiem i żadną miarą nie można ich uznać za gatunki ginące, ale mimo wszystko głupio, bo są sympatyczniejsze niż większość ludzi.

WOŁOWINA

Botswana, jak się okazało, słynie ze świetnej jakości wołowiny, która w dużych ilościach jest też stamtąd eksportowana do Europy. Rzeczywiście, krowy chodzą sobie tu i tam po wielkich obszarach, podjadają co im się trafi, czyli zwykłe nieprzetworzone i niezanieczyszczone rośliny, więc jest to na pewno zdrowsze mięso niż z wysokorozwiniętych krajów, w których zwierzęta nie są hodowane tylko nieomal produkowane. Stek jest zawsze i wszędzie dobrym wyborem kulinarnym.

ANGIELSKIE ŚNIADANIE W ŚRODKU AFRYKI

W Zambii mieszkaliśmy w bardzo przyjaznym pensjonacie w okolicach Livingstone, o nazwie Bushbuck River House. Pensjonat prowadzony jest przez angielską parę, stąd urokliwy miks klimatów jak z bed&breakfast na angielskiej prowincji z jednej strony, a afrykańskiego upału i krajobrazu z drugiej. I tak na śniadanie dostawaliśmy jajka na bekonie i grillowane pomidory, tosty i domowe marmolady, a także mleko do herbaty w dzbanuszku przykrytym szydełkowaną serwetką ozdobioną na brzegach koralikami. Na kolację – na przykład wspaniałą, idealnie zgrillowaną przez pana domu polędwicę wołową, do tego południowoafrykańskie kiełbaski boerenwors, domowy chutney, pieczone ziemniaki. A na deser pyszne malutkie ptysie nadziewane bitą śmietaną i oblane gorzką czekoladą albo układane warstwowo trifle czyli angielski deser, z warstw nasączanego biszkoptu, kremu waniliowego, czekolady i malin w galaretce z wina – wszystko oczywiście domowej produkcji. Trzeba przyznać, że chyba nigdy nie trafiliśmy na miejsce z tak wybornymi deserami. A teraz muszę zrobić sobie przerwę w pisaniu i zobaczyć co jest w lodówce, bo nostalgia zaczyna się robić nie do zniesienia.

5 O’CLOCK TEA U GUŹCÓW

Wodospady Wiktorii można zwiedzać od strony Zambii albo od strony Zimbabwe, albo – i tak właśnie zrobiliśmy – i tak, i tak. Po stronie Zimbabwe straszna nędza, trochę to przeraża jeśli się weźmie pod uwagę, że i tak jesteśmy w okolicy żyjącej z turystyki. Tym bardziej rażą kontrasty w postaci obecności w miasteczku wielkiego, bardzo kolonialnego w stylu i bardzo eleganckiego, choć lekko podupadłego hotelu Victoria Falls Hotel. Mimo wszystko jednak nie można odmówić nostalgicznego stajla popołudniowej herbatce w angielskim stylu na ogromnym tarasie hotelu, z wybornym widokiem na same wodospady. Tu dzbanek herbaty i patera ze scones, konfiturą truskawkową i gęstą śmietaną, a 20 metrów dalej po trawniku w najlepsze grasują dzikie świnie czyli guźce. Naprawdę w Afryce trudno uniknąć użycia słowa „ambiwalencja”.

DYNIA

Zaczęło się od tego, że na safari nasz ambitny kucharz, o którym niżej, zrobił pyszną kremową zupę z dyni butternut, czyli po polsku żołędziowej. Potem w wielu miejscach jedliśmy dynię, ale najlepszą u pana w pensjonacie Padberg, według przepisu z okolic Capetown. Dynię trzeba pokroić w dużą kostkę i dusić pod przykryciem z masłem, brązowym cukrem i całymi kawałkami cynamonu. Po jakichś trzech kwadransach powstaje coś miękkiego, lekko karmelowego, cynamonowego i maślanego w smaku, w sam raz jako dodatek do gargantuicznych rozmiarów wołowego steku. Taka dynia weszła już do stałego repertuaru w naszym domu i została nawet zaserwowana jako dodatek do świątecznego obiadu, kiedy to spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem – choć możliwe też, że jest to potrawa bardzo niesmaczna, ale za to mamy bardzo uprzejmą rodzinę.

SAFARI

Nasze obozy na safari wyglądały tak: dwa namioty, stara Toyota Hilux pickup z podłączoną do zapalniczki małą turystyczną lodówką, małe palenisko, stolik i krzesła (oraz inne obiekty, których przez przyzwoitość tu nie wymienię, gdyż dla niniejszego wywodu są irrelewantne). W tych warunkach musimy przyznać, że nasz kucharz dokonywał cudów. Pierwszego dnia dostaliśmy smażoną rybę z sosem tatarskim, a na deser owoce z kremem waniliowym. Potem bywało nawet lepiej: steki z botswańskiej wołowiny z pieczonymi ziemniakami i kolbami kukurydzy, wzmiankowana już kremowa zupa z dyni, mus gruszkowy. Ale najlepsze były wypieki: przy użyciu dużego rondla ze szczelną pokrywą i gorących kamieni kucharz przygotowywał na przykład pyszne ciepłe i pulchne bułki albo pieczony krucho-biszkoptowy pudding nasączany następnie syropem. Wszystko to było naprawdę dobre. Okazało się zresztą, że gotowanie na safari to cała sztuka, o której wychodzą specjalne książki kucharskie, i są kucharze właśnie specjalizujący się w gotowaniu na safari, gdzie nie ma co liczyć na dostawy i trzeba gotować z tego co się ze sobą zabrało i w warunkach, które są dostępne. Naprawdę szacun!

SWAKOPMUND

Swakopmund to taki namibijski Sopot, wyluzowany nadmorski kurort, wszystko wydaje się tutaj bardziej sympatyczne, bezpieczne, kolorowe i wesołe niż gdzie indziej. Zjeść też dają dobrze. Zaliczyliśmy dwie sztandarowe knajpy: Lighthouse i The Tug. Obie nad morzem, obie pełne ludzi i w obu można smacznie i dużo się najeść, chociaż nie jest to doznanie kulinarne na poziomie ekstatycznych ostryg z Luderitz, o których niżej. Przykładowe potrawy: wielka fura grillowanych krewetek, ostrygi zapiekane z żółtym serem, szaszłyk z ryb i owoców morza, krążki kalmarów z grilla – jak widać nie są to rzeczy, za które warto by zabić, ale skoro podają je człowiekowi pod nos to zjeść nie zaszkodzi.

LUDERITZ – GOLONKI I OSTRYGI

Luderitz to miejsce bardzo dziwne i surrealistyczne pod wieloma względami, i strona kulinarna nie jest tu wyjątkiem. Hołubi się tutaj germańskie tradycje, stąd w prawie każdej knajpie można zjeść golonkę, co przy miejscowym klimacie jest pomysłem iście offowym. I choć jesteśmy znani z tego, że zawsze zamawiamy wszystkie najdziwniejsze rzeczy do jedzenia, golonki w Luderitz nie jedliśmy. Po pierwsze dlatego, że pewnie lepiej zjeść niemiecki pierwowzór, a po drugie dlatego, że odkryliśmy coś znacznie lepszego – farmę ostryg.

Po farmie ostryg można zamówić sobie wycieczkę z przewodnikiem i jest to – wbrew pozorom – naprawdę ciekawe. Dodam, że byliśmy jedynymi zwiedzającymi, a następnie jedynymi gośćmi w należącym do farmy małym i prostym barze ostrygowym. Do tej pory tylko raz jedliśmy ostrygi, było to w porcie w San Francisco i poza zaspokojeniem chęci poznawczych nie dostarczyło szczególnych doznań. Glutowate to, wodniste, bez smaku. Dlatego trochę tylko dla zasady zamówiliśmy porcyjkę na farmie i po spróbowaniu dostaliśmy istnego szału – przyniesiono nam coś wybornego, świeżutkiego, a przede wszystkim mięsistego, o konsystencji małży a nie – bardzo przepraszam – smarków. Można zamówić ostrygi krótko zapiekane, np. z serem pleśniowym i kawałeczkami bekonu, parmezanem albo bułką tartą i ziołami. Można po prostu surowe, podane z cząstkami cytryny i tabasco. W każdym przypadku podadzą je świeżo wyciągnięte z wody i otwarte, co zresztą powodowało w nas pewne opory, zwłaszcza gdy obiekt kulinarny pokropiony na talerzu cytryną wzdrygnął się ze wstrętem…

WINDHOEK

W Windhoek gościliśmy 2 razy: na początku i na końcu naszej podróży. Nie można powiedzieć, aby stolica Namibii olśniewała urokami wielkiego miasta. Przede wszystkim razi barykadowanie się w prywatnych twierdzach, przemieszczanie po całkowicie wyludnionym po zmroku centrum wyłącznie taksówkami i samochodami, druty kolczaste, strażnicy z psami itp. Przypuszczam, że im więcej takich środków ostrożności, tym robi się mniej bezpiecznie. W takich warunkach wyprawa do restauracji robi się przedsięwzięciem doprawdy ekstremalnym. Dotyczy to poniekąd także strony kulinarnej.

Za pierwszym razem trafiliśmy do restauracji Fusion położonej jakieś 200 metrów od skądinąd bardzo miłego pensjonatu Rivendell, w którym się zatrzymaliśmy. Ponieważ byliśmy prosto po botswańskim hardkorze na safari, z rozkoszą zaznaliśmy takich zdobyczy cywilizacji jak prawdziwy prysznic, drzemka w prawdziwym łóżku z materacem w prawdziwym pokoju ze ścianami i sufitem, a potem wyjście na prawdziwą kolację do prawdziwej restauracji. No, z tym ostatnim było najgorzej, bo o 20.30 prawie już wymiatano nas ścierą, a kelner nie miał pojęcia, co wchodzi w skład koktajlu wymienionego w karcie (a było ich tam aż cztery, więc faktycznie można się pogubić). Receptury nie znał też zresztą najwyraźniej barman, ale problem ten rozwiązano w sposób iście salomonowy, po prostu nie przynosząc nam drinka wcale. Aha, jedzenie było bardzo niedobre, ale to był w zasadzie najmniejszy problem. Ogólnie – porażka.

Za to przy drugiej wizycie dokonaliśmy gruntowniejszego badania kulinarnego i trafiliśmy do mega turystycznego, ale przy tym wesołego i żywego baru Joe’s Beer House. Jest to bardzo gwarne i tłoczne miejsce pełne ekspatów, przypominające coś w rodzaju kilka razy większego pubu Lolek. Oczywiście jeśli w pubie Lolek podawano by steki z krokodyla, carpaccio z antylopy i szaszłyk z zebry – w ogóle z tego co widzieliście na safari nie zjecie tu chyba tylko słonia. Do tego drinki, muzyka, pseudo-afrykański dekor, lekko obciachowo, ale w sumie miło i da się przyzwoicie zjeść jeśli tylko się za dużo nie zastanawiać kogo się je.

A na koniec poszliśmy na kolację do uchodzącej z jedno z najelegantszych miejsc w stolicy restauracji Gathemann. Faktycznie jak na średni poziom w innych miejscach tutaj elegancko, kwiaty, taras itp. ale w Polsce nie byłoby to nic szczególnie wykwintnego. Jedzenie typu wymyślne dania z lokalnych składników, zupa z dyni skropiona olejem dyniowym, galaretka z ozorkami z antylopy springbok podana z chrzanem, steki z antylopy (a jakże!) ale podane z wyszukanymi dodatkami. No ale na deser do całkiem dobrej kawy przyniesiono pralinki z grappą w pożałowania godnych wymiętolonych sreberkach jak psu z gardła wyciągniętych. W sumie więc wydaje się nam, że w Botswanie i Namibii lepiej trafić do prostego miejsca i zjeść duszoną dynię i prosty grillowany kawał mięsa niż w niby to eleganckim anturażu (!) szukać wyrafinowanych doznań kulinarnych. Ot co!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>