Grange

Sacramento raczej nie jest kulinarną stolicą czegokolwiek, więc tym bardziej wyróżnia się w nim restauracja Grange i tym bardziej zasłużona jest jej niesamowita popularność. Grange mieści się w otwartym w 2008 r. hotelu Citizen, ale nie ma stylu hotelowej restauracji, raczej miejsca w sam raz na kolację po teatrze, niedzielny rodzinny obiad, odświętne śniadanie, te rzeczy. Koncepcja opiera się na wyrafinowanej kuchni opartej na najlepszych lokalnych składnikach, w stylu slow food. Urban legend głosi, że szef kuchni Michael Tuohy we własnej osobie buszuje po lokalnych targach i wybiera co najlepsze.

W Grange jest trochę elegancko, nie powiem żebym to zbytnio lubiła, ale da się znieść, zwłaszcza jeśli komuś nie przeszkadza dwumetrowy kelner świdrujący psychopatycznym spojrzeniem i pojawiający się znienacka kiedy akurat ma się usta pełne kartofli, żeby po raz ósmy upewnić się że wszystko jest naprawdę okropnie smaczne, czyż nie? Ale wyborna pasza rekompensuje te socjologiczne niedogodności.

Na kolację jedliśmy: tatara z siekanego tuńczyka z awokado, pyszne foie gras, pieczonego jesiotra i boską rozpływającą się w ustach wołowinę duszoną przez 10 godzin w czerwonym winie. Wszystko podane z pomysłowymi ale prostymi dodatkami kontrastującymi smakiem. Na deser tylko kawałek sera pleśniowego, podanego z chrupiącym płaskim chlebkiem i konfiturą z suszonych moreli.

Następnego dnia jeszcze śniadanie, i to naprawdę godne: wielki dzbanek pysznej aromatycznej herbaty earl grey, do tego dzbanuszek pełnego mleka (wywołaliśmy konsternację zamawiając pełne mleko, bo Amerykanie zamawiają chude wyobrażając sobie w ten sposób, że jedzą zdrowo). Trzy wielkie, lekkie i puchate wspaniałe placki pancakes, podane z utartym na puch masłem z cukrem i siekanymi włoskimi orzechami, syropem klonowym w dzbanuszku i usmażonym na chrupko bekonem. Delikatny omlet z serem Sonoma Jack i karmelizowaną cebulą, podany oczywiście z ziemniakami i chlebem – w końcu jesteśmy w Ameryce! A w karcie czego to jeszcze nie było: jajka Benedict polane pomarańczowym sosem holenderskim i zapieczone, z dodatkiem wędzonego łososia i bułeczek z rodzynkami. Jajka smażone jak kto życzy z bekonem albo kiełbaskami przyrządzonymi z dodatkiem kopru włoskiego. Gofry z jabłkami duszonymi z rodzynkami, do tego syrop klonowy. I z 15 innych rzeczy.

Skoro już o śniadaniach mowa, to stanowczo zabraniam komukolwiek zamawiania w USA owsianki (oatmeal). W moim kulinarnie zaawansowanym domu owsianka to pyszna kremowa potrawa z mlekiem, wymieszana z małym kawałeczkiem masła, posypana odrobiną brązowego cukru i polana łyżką syropu klonowego, który nadaje jej delikatnie orzechowy smak. W USA owsianka to bryła o konsystencji plasteliny, nieokreślonym szarobeżowym kolorze i oblepiających jamę ustną właściwościach, podana z dużą ilością absurdalnych dodatków jak siekane orzechy i suszone owoce. Istnieje wręcz ryzyko, że to w ogóle nie jest podawane jako jedzenie, tylko dla dekoracji, a ja omyłkowo próbowałam to zjeść.

Ale to już nie dotyczy Grange – Grange jest fajne!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>