Absinthe

Ponieważ w Warszawie restauracja Absynt to nasze ulubione miejsce, nic dziwnego, że przymierzając się do wyboru paszy w San Francisco postanowiliśmy pójść do jej imienniczki – Absinthe, chociaż nie ma wyróżnienia przewodnika Michelin (a warszawski Absynt ma!). To taka pół-elegancka, gwarna i pełna ludzi knajpa na Hayes Street, strategicznie ulokowana na rogu ulicy, z częścią barową i dalszą restauracyjną. Rezerwacja na wieczór raczej konieczna, my byliśmy w środku tygodnia, a działy się dantejskie sceny. Stoliki bardzo ciasno umiejscowione, ale nikomu to nie przeszkadzało – Amerykanie najwyraźniej uwielbiają siedzieć na – excusez le mot – kupie, a z naszej rozmowy i tak nikt dookoła nic nie rozumiał więc było nam obojętne.

Na początek karta drinków – jak w wielu miejscach w San Francisco (a może to taki ogólny trend w USA?) drinki są nieliczne, ale super-pomysłowe. Dżin z żółtym i zielonym chartreuse? Tequila z absyntem i granatami? Mezcal z werbeną? Do wyboru do koloru. I do tego jakie dobre!

Jak przystało na dwa żarłoczne Polaczki zamówiliśmy z całą szykaną: pierwsze, drugie i deser. W przeciętnym amerykańskim dinerze groziłoby to natychmiastowym zgonem w straszliwych męczarniach, ale tu na szczęście były trochę mniejsze porcje, podawane na talerzu, a nie w wiadrze. Na początek Homik wziął zupę dyniową z wanilią i imbirem (ja robię lepszą! spytajcie Homika!), a ja pasztet z szałwią i suszonymi morelami podawany z musztardą i korniszonami (smaczny ale nic powalającego).

Drugie dania za to były super. Ja jadłam przegrzebki (bo ja zawsze jem przegrzebki! Chyba sobie to wpiszę w CV). Podano je z grzybami, bekonem, zieloną fasolką i puree z karmelizowanej cebuli. Homik wziął pyszną jagnięcą polędwicę natartą szermulą czyli pastą z kolendry, kuminu i rzeczy pochodzenia arabskiego, do tego dodatki też w klimacie Maghrebu: sos z harissą, ciecierzyca, ogórkowy relisz. Jeśli ktoś nie rozumie któregoś słowa z ostatniego zdania to niech popyta wśród znajomych, no bo co, w końcu pozycja czytelnika niniejszej opiniotwórczej rubryki zobowiązuje chyba do pewnej kulinarnej orientacji!

Desery dorównały poziomem paszy właściwej. Homik, który zawsze zamawia jakieś dziwactwa (wędzona herbata o smaku wywaru spod szynki, baluty czyli jajka z ptasim embrionem w środku, czy mam wymieniać dalej?), wziął słodkie fioletowe ziemniaki z Okinawy z orzechowym puchatym biszkoptem i lodami z przypalonego masła. Ja zamówiłam pot au chocolat czyli miseczkę z czekoladowym kremem pieczonym w kąpieli wodnej, bez dodatków poza łyżeczką gęstej słodkiej śmietanki. W karcie były jeszcze lody z oliwy z oliwek podawane z solonym kremem czekoladowym i do teraz żałuję, że już by się nigdzie nie zmieściły. Jak będę jeszcze kiedyś w San Francisco, co mam nadzieję nastąpi, to na pewno pójdę i zrobię awanturę, że mają mi takie podać i w ogóle mnie to nie interesuje że już nie ma, bo co miesiąc zmieniają menu!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>