Hungary? Never heard about it!

W sierpniu byliśmy w czwórkę przez tydzień na Węgrzech i jak zwykle wróciliśmy wniebowzięci. Pogoda jak zwykle piękna, słońce, ciepło i bosko. W mieście bywa w sierpniu straszny gorąc (sic!), ale my nie jesteśmy tacy głupi żeby jeździć do miasta albo co gorsza nad obmierzły Balaton, o nie! My byliśmy 6 dni pod Egerem a potem 2 dni w Tokaju. Okolice Egeru to niedoceniany skarb – nie wiem czy pisać o tym szerzej w niniejszej opiniotwórczej rubryce, gdyż może to wywołać oszałamiający boom w tym regionie i zepsuć cały efekt, ale co tam, spróbuję. Oto co tym razem się nam spodobało:

Eger – małe, ale malownicze i zabytkowe miasto, z egzotycznym klimatem, bo ma nawet własny minaret! Fajne do zwiedzenia w jeden dzień, ale mieszkać lepiej gdzieś na wsi, bo to taniej i przyjemniej.

Imola – knajpa w Egerze pod zamkiem, podobno jedna z 12 najlepszych restauracji na Węgrzech ale nie powala. Na deser wzięliśmy suflety czekoladowe z wiśniami, które w drodze z kuchni do nas ucierpiały na skutek rozpuszczenia się i wyglądały nie powiem jak co. Na szczęście mój przytomny komentarz spowodował, że były na koszt firmy.

Dolina Pięknej Pani na obrzeżach Egeru – zagłębie piwniczek z winami, gdzie wprost od producenta kupimy za złotego od szklaneczki albo za ósmaka od litra wszelkie lokalne wina, nalane na przykład do plastikowej butelki po wodzie mineralnej po czym OBANDEROLOWANE. Jakość odpowiada w zasadzie cenie ale za to ile zabawy. Sąsiadują z tym liczne restauracje typu menu w sześciu językach ze zdjęciami, jak wiadomo takie przybytki lepiej omijać szerokim łukiem.

Kąpielisko termalne w Egerze – oldskulowo, ale tanio, czysto i mało ludzi. Są tam baseny z ciepłą wodą termalną, ale najlepszy jest ogromny 50-metrowy odkryty basen ze źródlaną chłodniejszą wodą, zazwyczaj kompletnie pusty. Za 20 zł od osoby można siedzieć w całym kompleksie przez cały dzień. Dzięki temu, że jest to w mieście, a nie w jakimś kurorcie, nie siedzi się w tłumie turystów.

Egerszalok – wieś 6 km od Egeru, w której byliśmy 5 lat temu (tak! to wtedy Miśkowi przybyło 5 kg w 9 dni! szacun!!!). Są tam gorące źródła, które 5 lat temu były dziurą w ziemi z gorącą wodą i grupką letników pucujących się w niej szamponem, a teraz jest tam wielki nowy kompleks basenów o wszelkich możliwych temperaturach. Dwa razy drożej niż w Egerze, ale za to wszystko nowe i wypas. Ludzi trochę jest, ale basenów też sporo, więc się tego tak bardzo nie odczuwa.

Winiarnia Gal Tibor – wina od Tibora Gala można kupić i w Polsce, ale lepiej – bo taniej – zrobić to na miejscu w Egerze. Pan Tibor Gal junior częstuje swoimi winami i opowiada o nich nienaganną angielszczyzną. Wina bardzo dobre, szczególnie Pinot Noir (zresztą przez tego producenta wprowadzone na Węgrzech). Aczkolwiek tu zdania wśród naszej czwórki były podzielone, NIEKTÓRYM nie podobało się, bo nie wszystkie wina były słodkie! Narodowemu upodobaniu do ulepu można było za to schlebić parę dni później w Tokaju, ale o tym później.

Noszvaj – duża wieś 12 km na wschód od Egeru, w której stacjonowaliśmy. Jak to bywa na Węgrzech, przynajmniej w tym regionie, wieś to istna sielana, pełna kwiatów, drzew uginających się pod ciężarem owoców, winorośli i kolorowych domków. Mamy podejrzenia, że byliśmy jednymi z niewielu turystów całej wsi, a w każdym razie jedynymi zagranicznymi. Zarezerwowany przez internet domek okazał się porażką, ale na szczęście już pierwszego wieczoru dzięki wielkiej uprzejmości i serdeczności pani Evy Thummerer (patrz niżej) znaleźliśmy inne miejsce, mianowicie dom o nazwie Szuszinka Vendeghaz. Mieliśmy na cztery osoby duży dom dla siebie, do tego piękny ogród, altankę i wszystko co trzeba.

Magtar Fogado – prawdziwy skarb naszego wyjazdu. Pierwszego, mało udanego wieczoru w Noszvaj (dramatyczny pierwszy domek, deszcz, ogólnie padaka) przypadkiem trafiliśmy na duży bielony budynek z winiarnią na dole a restauracją na górze, i to jaką restauracją! Może i Polak i Węgier to dwa bratanki ale temu pierwszemu bratankowi dużo jeszcze brakuje żeby w miejscowości wielkości Zubrzycy były takie miejsca. Oto przykłady:

  • plastry wędzonej gęsiny z melonem
  • kremowa zupa z jeżyn na zimno ze śmietanką
  • zupa rybacka z suma
  • panierowana wątróbka z królika, do tego sałatka ziemniaczana
  • arcymiękka wieprzowina ze świń węgierskiej rasy Mangalica, podana na mieszanych fasolach ze skwarkami z szynki
  • pierś z kaczki smażona w rozmarynie, do tego karmelizowane jabłka, słodko-kwaśna czerwona kapusta i pieczone różyczki z ziemniaczanego puree z płatkami migdałowymi

Wszystko było bardzo dobre, a niektóre rzeczy (mangalica, kaczka) wręcz pyszne. Ceny bardzo racjonalne – za 10 euro można się najeść do woli i jeszcze napić wina, a wina są nie byle jakie, tylko lokalne wina Thummerer, bo Magtar Fogado to restauracja winnicy Thummerer. Na koniec jeszcze trzeba dodać, że wszyscy w Magtar byli bardzo mili i serdeczni, a szczególnie Eva Thummerer, która z własnej inicjatywy pomogła nam znaleźć nowy domek, wszystko uzgodniła z właścicielami, podała numer telefonu do siebie na wypadek jakichś trudności i okazała nam wiele sympatii.

Thummerer – winnica w Noszvaj, do której przynależy też Magtar Fogado. Muskat Ottonel i Egri Bikaver bardzo dobre. Do tego oryginalne palinki robione z winogron poszczególnych szczepów.

Tokaj – bardzo brzydkie i dosyć turystyczne miasteczko, ale za to można do woli opić się tokajów. To w zasadzie wszystko, co warto na ten temat powiedzieć. Lepiej tu nie jeść a na obiad pojechać np. do Tolcsvy. Tylko nie wiadomo jak, bo będąc w okolicach Tokaju dziwnym trafem jest się non stop nietrzeźwym.

Oremus – producent tokajskich win w miejscowości Tolcsva, 20 km od Tokaju. Niestety w przeciwieństwie do Thummerera, Gala Tibora i Szepsy’ego nie można bezceremonialnie zapoznać się z właścicielem, gdyż Oremus jest w rękach hiszpańskich, a właściciele pokazują się z rzadka. W każdym razie ubrano nas w baranie kożuszki i zaprowadzono do pokrytych grubą warstwą szarej puchatej pleśni piwnic, gdzie degustowaliśmy tokaje Oremus. Nie wiem czy słowo „degustować” jest najlepsze, jeśli mówi się o ordynarnym wychlaniu sześciu pełnych kieliszków na osobę, ale w każdym razie wyszliśmy wniebowzięci, szczególnie, że kolejne coraz słodsze i coraz bardziej bursztynowe wina uwieńczyła Eszencia, czyli najsłodszy i najdroższy tokaj – tylko 6% alkoholu ale za to tysiąc złotych za butelkę, o ile oczywiście ktoś by to kupował zamiast roztropnie opić się za prawie darmo na miejscu. Trzeba jednak przyznać, że najbardziej przypadł nam do gustu Late Harvest i nawet go potem sporo kupiliśmy.

Os Kajan – knajpa w Tolcsvie, z zewnątrz wsiowa gospoda, a wewnątrz elegancka restauracja z wyszukanym menu, jak na przykład:

  • kozi ser marynowany w oliwie i ziarnach pieprzu, podany z tostami z chałki i brzoskwinią
  • foie gras na grzankach z chałki z duszonymi warzywami (pasternak? jabłko, seler naciowy) w miodzie
  • schab z wieprzowiny mangalica duszony w gęsim tłuszczu w sosie z rabarbaru i endywii
  • porkolt z dzika z czerwonym winem, do tego chlebek bakłażanowy

Dobre i oryginalne, ale w Magtar Fogado lepiej i taniej.

Winnica Szepsy – w Mad, niedaleko Tokaju. Znowu udało się nam poznać właściciela dzięki czemu poczuliśmy się jak szychy. Istvan Szepsy co prawda się spieszył bo była sobota po południu, ale sprzedać to i owo zdążył.

Tak to było, i mam nadzieję że w przyszłym roku albo za 2 lata powtórka, bo z Krakowa to tylko 300 kilometrów, a jak widać jest po co jechać.

Idę do lodówki ukroić sobie plaster wędzonej paprykowanej słoniny.

A tu znajdziecie kilka zdjęć zrobionych przez Maćka:

unknown

winogrona

butelki-01

butelki-02

butelki-03

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>