W ramach podsumowania…

Dwa miesiące minęły odkąd wróciliśmy z Iranu i nie tylko upływ czasu (potrzebny, aby wszystko w głowach uporządkować), ale i bieżące wydarzenia skłaniają by napisać coś w ramach podsumowania / komentarza. 
Przede wszystkim nie dziwię się tym, którzy wracają zafascynowani Iranem. To kraj ogromny, pełen opustoszałej przestrzeni, którą skojarzyłbym raczej z Australią, USA, czy argentyńską Patagonią, gdybym zobaczył zdjęcia. Krajobrazy, choć nie są bardzo zróżnicowane, robią wielkie wrażenie. Nie mniej pozostaje w pamięci gościnność i chęć do wszelkiej pomocy – przez dwa tygodnie zdarzyły nam się dwie propozycje noclegowe, zapłacony przez współpasażera bilet w autobusie, próba wciśnięcia nam darmowego deseru i wiele innych przypadków bezinteresownej pomocy przy tłumaczeniu z perskiego na angielski, szukaniu drogi itp. Na pewno nie da się tego wszystkiego uzasadnić niewielką ilością (a więc i szczególnym traktowaniem) turystów. Oni po prostu mają to w genach.

Szkoda, ze za tym sympatycznym obrazem nie nadąża infrastruktura. Hoteli i hosteli nie ma zbyt dużo, jeśli już są, to są zbudowane raczej podle i znajduje to odzwierciedlenie w warunkach higienicznych (krzywo położoną podłogę kiepsko się domywa…). Z kolei mała podaż = wysoka cena. W porównaniu z południowo-wschodnią Azją stosunek cena / jakość wypada dla przeciętnego podróżnika blado. Podobnie musimy (z przykrością) podsumować irańską gastronomię. Owiana legendą orientalna kuchnia perska najwidoczniej nie opuszcza domowych ognisk, bo poza Teheranem oraz nielicznymi (przeznaczonymi głównie dla turystów) „restauracjami tradycyjnymi” obcokrajowiec skazany jest na fast foody. Jedne lepsze, inne gorsze, ale z pewnością nie wywołujące później nostalgii… W aspekcie komunikacja / noclegi / jedzenie można poczuć się w Iranie tak, jak czuł się zapewne w Polsce końca lat 80-tych turysta z Zachodu. Nawiasem mówiąc, analogii „Iran współczesny – Polska schyłku komunizmu” jest tak dużo, że wkrótce napiszemy o tym więcej.

Iran jest krajem ludzi młodych i widać to na ulicy. W dużych miastach (Teheran, Esfahan, Shiraz) nowe pokolenie przyjmuje quasi-zachodni styl życia – z tego co widać publicznie w ramach dopuszczalnych granic. Stąd na przykład wymyślne fryzury mające na celu odsłonić jak najwięcej włosów, a jednocześnie nie pozwolić spaść chuście. Telefony komórkowe, fast foody, wspólne spacery po ulicach i centrach handlowych… Notabene wystarczy rzut oka na wystawy w tychże centrach, by dojść do wniosku, że w domach nie obowiązują aż tak ścisłe reguły dotyczące ubioru, jak w miejscach publicznych. Prawdę mówiąc, chyba żadne reguły nie obowiązują… Alkohol też pewnie jest, nie widzieliśmy, ale przecież w Ameryce lat prohibicji też był…

Oczywiście błędem byłoby utożsamiać tę – bardzo widoczną dla turystów – część społeczeństwa z całym narodem. Choć byliśmy w Iranie krótko, wiemy, że wystarczy opuścić dzielnice uniwersyteckie albo północny Teheran, by stopień zrozumienia języka angielskiego (a także styl ubioru, tryb życia, a zapewne i poglądy) zmienił się znacząco. Poza głównymi miastami widzieliśmy, że wszystkie kobiety nosiły czarne czadory. Może zbytnio upraszczam, ale czy to nie oznaka bardziej, niż chcieliby widzieć obcokrajowcy, zagraniczne media, czy zachodnie koncerny, konserwatywnego charakteru tego społeczeństwa?

Pomimo wielkiego szacunku dla wszystkich osób rannych i zabitych w ostatnich dwóch powyborczych tygodniach w Iranie, wydaje mi się, że uczestnicy demonstracji mają z przeciętnymi Irańczykami tyle wspólnego, co typowy rozmówca takich turystów jak my. Co więcej, obie te grupy pewnie w dużej części się pokrywają. Być może nawet chcielibyśmy, by świadome swoich praw, wykształcone i mówiące po angielsku, zniechęcone aktualną sytuacją i żądne zmian osoby stanowiły większość irańskiego społeczeństwa, ale najwyraźniej rzeczywistość jest inna.

Póki co protesty powyborcze są bardzo liczne, ale nie mają charakteru powszechnego. Z doniesień wynika, ze protestują wykształcone wielkomiejskie elity (nieprzypadkowo najwięcej demonstracji i starć z policją i cywilnymi bojówkami ma miejsce w bogatym północnym Teheranie). Wielu ludzi jest albo zadowolonych z aktualnego stanu rzeczy i nie chce zmian w tradycyjnym modelu, albo też wmówiono im, że powinni być zadowoleni. Jeszcze inni boją się zaprotestować. Bez uczestnictwa pozostałych grup społecznych (jako szczególnie ważnych uznaje się bazari, czyli bogatych kupców / biznesmenów, pozostających w opozycji za szacha i sprzyjających – przynajmniej początkowo – islamskiej rewolucji) żadne zmiany nie wydają się możliwe.

Pozycja aktualnego prezydenta nie jest jednak niepodważalna. Owszem, populistyczne hasła i działania (konserwatywne poglądy społeczne, retoryka antykorupcyjna, konfrontacyjna polityka zagraniczna – skąd my to znamy…, plus jeszcze eksponowanie programu atomowego) zapewniają mu popularność znacznej części społeczeństwa. Ale obóz władzy nie jest jednorodny, dochodzą z niego słuchy o podziałach w części duchowieństwa, również część establishmentu związanego z poprzednim prezydentem próbuje zaogniać sytuację wykorzystując niezadowolenie tłumów z najwyraźniej sfałszowanych wyborów. Można sobie wyobrazić, że z poparciem bazari, a także przynajmniej części oddziałów militarnych lub paramilitarnych, może dojść do gwałtownej odmiany sytuacji, ale biorąc pod uwagę przeszłość choćby przegranego kandydata w wyborach prezydenckich, nie spodziewam się, by była to zmiana, której oczekują protestujący dziś demonstranci.

Iran to kraj o najciekawszej i najbardziej złożonej historii z tych wszystkich, które odwiedziliśmy. Na pewno będę śledził dalszy rozwój sytuacji i dobrze życzył wszystkim sympatycznym ludziom tam spotkanym.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>