Co jedliśmy na Ko Phi Phi

Faktycznie nie odzywaliśmy się dość długo, co bynajmniej nie oznacza, że nie jedliśmy nic na Ko Phi Phi. Wręcz przeciwnie, jedliśmy tam bardzo dużo i często, a jeszcze więcej, jak przystało na prawdziwych Polaczków, piliśmy!

Nasz hotel był dość odcięty od świata i w związku z tym byliśmy zdani na hotelową restaurację. Wbrew pozorom była ona jednak bardzo dobra i miała osobne tajskie menu, które z zapałem eksplorowaliśmy.

Śniadania pominę, gdyż były niejadalne i musieliśmy zmienić swoje kambodżańskie przyzwyczajenia (szejk z mango i kwaśną zupą z ryba i papają) na prozaiczne omlety i płatki z mlekiem. Żenada…

Wieczorami jednak rekompensowaliśmy to sobie z nawiązką. Przede wszystkim godne uwagi było stoisko ze świeżymi owocami morza – homary, homarce (to takie male homary), ogromne krewetki tygrysie, kraby itp. Wybierało się delikwenta, który następnie poddawany był grillowaniu i konsumowaniu, na przykład w towarzystwie bardzo ostrego, a przy tym słodkiego tajskiego czerwonego sosu curry, albo słodkiego i gęstego sosu tamaryndowego o smaku trochę przypominającym powidła śliwkowe.

Poza tym w hotelu było dużo rodzajów curry: czerwone – strasznie ostre, z papryczkami chili, zielone – też ostre, ale o innym smaku, i żółte, słodkawe, chyba najłagodniejsze, chociaż jak na europejskie standardy też bardzo ostre. Wszystkie zawierały mleko kokosowe, liście kaffiru, tajską bazylię – połączenie tych przypraw, a czasem także trawy cytrynowej i limonki, daje własnie ten charakterystyczny dla tajskich curry smak – z hinduskimi curry ma to wspólną tylko konsystencje (bo w sosie) i nazwę (bo curry). Mogły być na przykład z warzywami: mini-kukurydze, malutkie bakłażanki niewiele większe od zielonego groszku, świeże szparagi itp. Albo z owocami morza. Albo z krewetkami, oczywiście świeżymi i dużymi, a nie taka popelina jak w polskich restauracjach. Pyszne było też czerwone curry z plasterkami pieczonej kaczki i owocami lychee.

Poza tym jak zwykle można było liczyć na takie pewniaki jak zupa Tomka (a właściwie Tom Kha) – najwyraźniej Tomek robił taką pyszną zupę że aż Tajowie nazwali ja tak na jego cześć… Jest to łagodna zupa zawsze z mlekiem kokosowym, limonkami, trawa cytrynowa i imbirem albo galgantem, a do tego różne śmieci. Może być Tom Kha Gai (z kurczakiem), Tom Kha Goong (z krewetkami), Tom Kha Galay (z owocami morza).

Wszędzie są też dostępne owocowe szejki (czasem z mlekiem, a czasem bez) z mango, ananasa, banana, albo świeżo wyciskane soki z owoców (pomarańczy, limonek, arbuza itp.). Pyszna jest też mrożona herbata – nie świństwo z kartonu składające się z samych konserwantów i aromatów, tylko prawdziwa herbata z dużą ilością kostek lodu, często z mlekiem (w naszym hotelu podawano ja z dzbanuszkiem mleka i dzbanuszkiem cukrowego syropu, więc każdy mógł sobie doprawić jak chciał). Zawsze i wszędzie są też dostępne świeże owoce – słodkie mini banany i mini ananasy, arbuz, papaja, a także coś co tutaj nazywano dragon fruit, a w Polsce czasami bywa pod nazwa pitihaya czy coś równie łatwo dającego się przerobić na dwa brzydkie wyrazy w dopełniaczu… Natomiast prawie w ogóle nie ma deserów w tradycyjnym rozumieniu. Czasami można gdzieś dostać jakby pudding z kleistego ryżu, ale nie próbowałam. Na deser podaje się zwykłe owoce.

No, ale najważniejsze były drinki! Po skrupulatnym wybadaniu prawie całej karty drinków (cala strona A4…) i wypiciu licznych Pinacolad, Planter’s Punchow, Bloody Marys, Mai Tai itp. doszliśmy do wniosku, że najlepszy jest drink o nazwie Tai Rom Prao, podawany w wielkim świeżym orzechu kokosowym, składający się ze świeżego mleka kokosowego, soku ananasowego, soku z limonki i rumu, oraz niezliczonych kostek lodu. A, i ozdobnej mini-parasolki, której wszelako nie konsumowaliśmy. Był naprawdę gigantyczny i pyszny.

Podsumowując, tajska kuchnia jest bardzo fajna i przy lekkim podrasowaniu daje się spokojnie przygotowywać w Polsce (no, może z wyjątkiem Tai Rom Prao…), chociaż nie obejdzie się bez zakupów w sklepie z orientalna żywnością. Ale naprawdę warto, bo to bardzo proste w przygotowaniu jedzenie, do tego pyszne i zdrowe.

One thought on “Co jedliśmy na Ko Phi Phi

  1. Pingback: » Kulinaria – powoli wracamy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>