Kulinaria – powoli wracamy

Mývatn – Vogafjós

Restauracja Vogafjós mieści się na farmie krów – ogromna sala ma przeszkloną jedną ścianę, a za nią mieści się pokazowa część obory. Można zjeść burgera i zarazem przyglądać się jego uprzedniej formie. Trochę to niepokojące, no ale z drugiej strony trudno udawać, że burgery rosną na drzewach. Nas to jednak trochę przerosło i dlatego wołowiny nie zamówiliśmy. Zamówiliśmy za to mnóstwo innych rzeczy: surową wędzoną jagnięcinę, wędzonego pstrąga z sosem remoulade, własnej produkcji mozzarellę (straszną), ciemny chleb tradycyjnie pieczony w gejzerze, gicze jagnięce w ciemnym sosie. A na deser robione na miejscu lody: jedne z arcydzięglem czyli miejscową zieloną rośliną o trawiastym i lekko anyżowym smaku, a drugie z ciemnym słodkim chlebem, podawane z sosem czekoladowym i bitą śmietaną. Deser był bardzo ciekawy, a cały obiad zróżnicowany, ale szczerze mówiąc rachunek pobił wszystko, nawet jak na standardy islandzkie. Takiej grandy nie ma nawet u Amaro, a to już wyczyn.

Skriduklaustur – Klausturkaffi

Podróż drogą krajową numer 1, czyli najważniejszą obwodnicą Islandii, może zmęczyć najbardziej wytrwałego podróżnika, szczególnie kiedy droga krajowa numer 1 przechodzi w swój odcinek żwirowy, a samochód trzeba zatrzymać i trąbić, żeby owce zechciały z niej zejść. Trudno w takich warunkach nie zgłodnieć. Na szczęście wiemy, co w takich przypadkach trzeba zrobić i kierujemy się do miejsca o nazwie Skriduklaustur. Jest to dziwaczny budynek kryty darnią, z chropowatą biało-czarną fasadą wysadzaną małymi kamykami, w stylu, na który moja babcia mówiła dosadnie „dom pod strupami”. Żeby było dziwniej, budynek zaprojektował niemiecki architekt, ten sam, który zaprojektował też znany Chilehaus w Hamburgu. W Skriduklaustur mieści się obecnie muzeum, a kiedyś był to dom pisarza Gunnara Gunnarssona. No ale ja nie o tym, bo pisaniną to jeszcze nikt się nie najadł, a my dalej jesteśmy głodni. I tu dochodzimy do sedna tematu, bo w budynku oprócz muzeum mieści się też wyborna kafeteria, a właściwie bufet. W bufecie jest wszystko: zupa z borowików ze śmietanka, zupa z arcydzięgla również ze śmietanką (hurra!), potrawka z renifera, gulasz z jagnięciny, dorsz, domowe przetwory i pikle, sałatka ziemniaczana, tarta serowa, dżem z arcydzięgla, syrop z mniszka do herbaty, ciasto czekoladowe z bitą śmietaną, kruche ciasteczka i tak dalej można by wymieniać długo. Płaci się raz, a je ile chce, nie jest to oczywiście poziom gwiazdkowej restauracji, ale wszystko jest dobre. I tylko serce mi pęka na myśl, że pół godziny po naszym wyjeździe kończy się bufet lunchowy, a zaczyna bufet złożony z samych ciast i deserów, a w nim na przykład: gorący pudding daktylowy z sosem karmelowym, sernik ze skyru z jeżynami, domowe lody jagodowe i ciasto rabarbarowe z, a jakże, bitą śmietaną. Że też nie spóźniliśmy się na lunch…

Hofn – Pakkhus

Jak zapewne zostanie opisane szerzej na łamach pozakulinarnych, nasz pobyt w Hofn pod względem noclegu był niewiarygodną wprost porażką. Samo miasteczko również nie powaliło nas na kolana – po Fiordach Zachodnich, gdzie piękno przyrody zachwyca jednych, a urok małych knajpek innych (czyli mnie), jakoś trudno się tu odnaleźć. No, ale do miejsca gdzie śpimy wrócić nie sposób, bo jest tam strasznie, i dlatego szukamy jakiejś opcji na kolację. Trafiamy ostatecznie do ekstremalnie popularnego i gwarnego Pakkhus – na piętrze ogromna restauracja, a na parterze bar – poczekalnia, gdzie można zamówić piwo lub sznapsa i czekać na wywołanie do stolika, na który trzeba czekać dobre trzy kwadranse. Jedzenie znośne ale znowu za drogie, turysta w końcu głodny i nierozgarnięty, to zapłaci. Lokalną specjalnością w Hofn są langustynki, zamawiamy ich furę, ale są już oporządzone, w postaci zgrillowanych kawałków, i jakoś nie prowadzą na wyżyny kulinarnej ekstazy. Gdzie im tam do pysznych grillowanych langustynek i homarców, które jedliśmy z górą dekadę temu na zdewastowanej tsunami tajskiej wyspie Ko Phi Phi w opustoszałym kurorcie, gdzie oprócz nas była tylko starsza para Amerykanów i kilkudziesięciu pracowników. No ale i nam daleko do samych siebie sprzed z górą dekady… I tu właśnie wpis traci kwalifikacje rubryki kulinarnej i jako taki podlega autocenzurze. Do widzenia Państwu.

Kirkjubæjarklaustur – Hrifunes Gueshouse

Ostatni wieczór na Islandii spędzamy na kolacji w Hrifunes Gueshouse – pensjonacie położonym na odludziu, w którym gospodarz organizuje dla gości kursy plenerowej fotografii, a przy okazji miejsce znane jest ze smakowitych kolacji. Przemiła atmosfera – około dziesięcioro gości, muzyka z gramofonu, przytulny salon. Kolacja przepyszna: zupa z jagnięciną, rzepą i pomidorami, pieczony łosoś z kuskusem i najrozmaitszymi dodatkami, a na deser bardzo dekadenckie maślane kruche ciasto z czekoladą, syropem klonowym i orzechami. Poza nami – kolacyjnymi outsiderami – wszyscy się tu już dobrze znają, dyskutują o dzisiejszych warsztatach foto, o muzyce, o krajobrazach. Chciałoby się chociaż jakiś czas tak żyć. Ale niestety następnego dnia trzeba wpakować się do samolotu, zjeść własnej produkcji kanapki z peklowaną jagnięciną w ciemnym chlebie, a potem powrócić do zurbanizowanej rzeczywistości, umiarkowanego klimatu i jedzenia warzyw.

Kulinaria – północ

Glaumbaer – Askaffi

Glaumbaer to ciekawy skansen tradycyjnych starych domków krytych darnią. Domki są niestety niejadalne, więc podlegają opisowi w sekcji niekulinarnej. Natomiast co do wyszynku i wypasu to w tym samym miejscu mieści się, również pod darnią, kawiarnia Askaffi. Na parterze urządzone staromodnie saloniki, a na pięterku zrekonstruowane izby z epoki, bo w końcu jesteśmy w skansenie! Zjeść można rozmaite bardzo dobre ciasta i standardowe kanapki na ciemnym słodkim chlebie z peklowaną jagnięciną albo wędzonym łososiem. Do tego kawa albo herbata. Aż nie chce się wychodzić, bo na zewnątrz nadal szaro, zimno i mży.

Siglufjörður – Siglunes

Litlibaer, Galdur, Askaffi i Siglunes to wszystko miejsca, w których zatrzymaliśmy się jednego tylko dnia, podczas najdłuższej trasy tego wyjazdu – ponad 550 kilometrów. Liczba popasów dobitnie potwierdza tezę, że gdzie nie siądziemy tam jemy. Ostatni tego dnia punkt programu to kolacja w naszym hoteliku Siglunes w bardzo północnym Siglufjordur, kiedyś stolicy połowów śledzia, a dzisiaj sennym małym miasteczku. Sam hotel jest niczego sobie, urządzony nowocześnie i gustownie, z największymi w czasie naszego wyjazdu aspiracjami do „designu”, cokolwiek by to nie znaczyło. W Siglufjörður jest kilka restauracji, ale jest już późno, nigdzie się nam nie podoba i w końcu postanawiamy zjeść w hotelu. Jedzenie też jest z aspiracjami do designu, a kucharz, niejaki pan Hbib, sprowadzony przez właściciela aż z Maroka – na pewno strasznie podoba mu się klimat, w końcu jest aż z sześć stopni, a lipiec to najcieplejszy miesiąc. W programie: tagine z jagnięciny z pigwą i złotymi muskatowymi rodzynkami, sałatka z owoców morza z gruszką itp. Dobre, ale mało, bardzo drogo i czekaliśmy godzinami. W dodatku przerażeni cenami wina postanowiliśmy na wszelki wypadek zamówić tylko wodę – w przeciwieństwie do grupy zasiadających koło nas porykujących pań w wieku jeszcze bardziej średnim niż nasz, których głośność z upływem wieczoru wzrastała wprost proporcjonalnie do liczby piętrzących się na ich stole opróżnionych butelek. Nie wiedzieliśmy, czy to przedstawicielki lokalnego establishmentu, czy rozochocone turystki, ale rumor dobiegający w nocy z naszego piętra potwierdził, że jednak to drugie.

Dalvik – Kawiarnia trzech głupków

Właściwie to miejsce nazywa się „Gisli, Eirikur, Helgi” – ale w przewodniku było to uczynnie wyjaśnione jako „Kawiarnia trzech głupków”. Gisli, Eirikur i Helgi to faktycznie trzech braci-przygłupów z ludowej przypowieści. Czemu ktoś postanowił tak nazwać kawiarnię przerasta możliwości umysłowe kreślącej te wersy, co być może stawia ją w jednym szeregu z patronami tego przybytku. Faktem jest jednak, że Dalvik to kompletna dziura, za to kawiarnia jest zupełnie przyzwoita, z ogromnym wyborem okazałych i smakowicie wyglądających ciast, a w porze lunchu także z zupą rybną.

Akureyri – Fish & chips

Akureyri to drugie największe miasto Islandii – aż 18 tysięcy osób! Gastronomicznie jest to zatem niewątpliwie lokalny potentat, ale my zatrzymaliśmy się tu tylko na jakieś 2 godziny, a ponieważ nieopatrznie usiedliśmy, to już i zjedliśmy. W bezpretensjonalnymi barze fish and chips jedliśmy jedną z lepszych ryb z frytkami w życiu. Spora porcja, wszystko świeżutkie, do wyboru różne sosy, super.

Húsavík – Naustið

Húsavík to miasteczko na północy Islandii sławne z obserwowania wielorybów. Należy uczciwie wyznać, że autorka poczytnej rubryki kulinarnej nieustraszona jest tylko, gdy przychodzi do próbowania kaczych dziobów i kandyzowanych pasikoników, ale przed wielorybami stchórzyła i oczekiwała na nadbrzeżu na powrót odważniejszej części wycieczki, co zostało już opisane w stosownym fragmencie jeszcze poczytniejszej rubryki pozakulinarnej. W tym miejscu należy natomiast wskazać, że Húsavík to relatywnie duża jak na islandzkie warunki i odległą lokalizację machina turystyczna, więc i restauracji jest tam co najmniej kilka. My odwiedziliśmy restaurację Naustið, dość mało turystyczną i położoną nieco dalej od nadbrzeża, w willowym samodzielnie stojącym domu. Restauracja znana jest z dobrych ryb i owoców morza. Najlepszą potrawą był tam wybór trzech małych przystawek: minikoktajl z krewetek, jeszcze ciepły malutki bajgiel z wędzonym łososiem i kremowym serkiem i kanapka na ciemnym chlebie z plokkfisk (plokkfiskiem?). Poza tym jedliśmy zupę rybną, która na Islandii pełni funkcję schabowego z ziemniakami – jest wszędzie.

Północ Islandii – foki, śledzie, wieloryby

W piątek 8 lipca pogoda nam się psuje. Zamiast przyzwoitych 12 stopni i – przynajmniej od czasu do czasu – słoneczka mamy stopni pięć, niebo zasnute chmurami i mżawkę od rana. To i może dobrze, bo przed nami 600 kilometrów trasy, więc nie będzie wyrzutów sumienia, że my za kierownicą, a tam gdzieś ucieka nam niepowtarzalna aura. Przez cały dzień zatrzymujemy więc się właściwie tylko po to, żeby coś zjeść albo wypić. W końcu tradycja zobowiązuje!

Jedną z niewielu atrakcji czysto krajoznawczych (oczywiście poza widokami za szczelnie zamkniętymi oknami samochodu) były taplające się we fiordzie albo okupujące skaliste wybrzeże foki. Zaciekawił nas też i skłonił do postoju (nie tylko dlatego, że obok była kawiarnia) skansen w Glaumbaer. Charakterystyczne dla dawnej Islandii domki pokryte darnią tworzą tu prawdziwy kompleks, wręcz osadę całą przykrytą zielonym dachem, co nawet w mało sprzyjających warunkach wygląda bardzo malowniczo:

Glaumbaer

Ostatecznie po całym dniu jazdy dojeżdżamy do Siglufjörður. Małe miasteczko wygląda już na mocno wyludnione pod wieczór, zwłaszcza w takiej pogodzie. A że hotel wygląda przyjemnie, i znowu miła niespodzianka nas spotkała (nie było naszego pokoju, ale… był większy i w tej samej cenie), to resztę wieczoru spędzamy prawie nie wyściubiając nosa z budynku.

Na szczęście następnego dnia robi się przyjemniej i trochę cieplej. Zachęca to do spaceru po porcie, ale i tak największą atrakcją Siglufjörður jest wspaniale Muzeum Śledzia. W trzech zrekonstruowanych budynkach zgromadzono niesamowitą ilość artefaktów związanych z przeszłością tego małego, liczącego dziś niewiele ponad 1000 mieszkańców, miasteczka. A w latach 1903-1968 była tu prawdziwa bonanza, gdy Norwegowie założyli tu port specjalizujący się w połowie śledzi, znacjonalizowany później przez lokalne władze. W szczytowym okresie, w latach 50-tych ponad 3000 ludzi mieszkało tu, łowiło i oprawiało śledzie. Zdjęcia, filmy i zachowane dokumenty pokazują, że oprócz pracy była też zabawa – kino, big-bandy, potańcówki. Tłumy ludzi niezrażone krótkim zimowym dniem (nawet 2 godziny) ciągnęły do miasteczka, zupełnie jak pięćdziesiąt lat wcześniej na Dziki Zachód w poszukiwaniu złota. Przez jakiś czas Siglufjörður było piątym największym miastem w Islandii, w co dziś trudno uwierzyć, zwłaszcza mijając miasto tranzytem.

Co ciekawe, śledzie nie tylko się soliło i jadło, ale i wytapiało z nich tłuszcz (m.in. do produkcji mydła), a resztę przerabiano na karmę dla zwierząt. Zbyt duży odłów sprawił jednak, że pewnego dnia śledzie się wkurzyły i odpłynęły. Zdarza się.

Muzeum Śledzia

Kolejną noc spędzamy jeden fiord i jedną zatokę dalej, pod Húsavíkiem. Ta mała miejscowość słynie z kolei (bo na Islandii, jak w Stanach Zjednoczonych, każda miejscowość z czegoś słynie) z odwiedzających tutejsze wody wielorybów, które odwiedzają turyści. Prawdopodobieństwo zaobserwowania wieloryba jest niemal stuprocentowe, więc przemysł „wielorybniczy” jest nieźle zorganizowany: aż cztery firmy wożą chętnych łodziami o różnej wielkości. Mi akurat trafiła się łódź niezbyt duża, co przy dość wietrznej pogodzie i wzburzonym morzu doprowadziło połowę pasażerów (ale nie mnie!) do stanu, w którym najlepsze, co można zrobić, to wychylić się na chwilę za burtę…

Szukanie wielorybów w Husaviku

Tym razem śpimy (i to aż dwie noce) w drewnianym domku letniskowym położonym pod Husavikiem, tuż przy tutejszym lotnisku – mało uczęszczanym co prawda, ledwie dwa loty dziennie w sezonie. Jeśli tak właśnie spędzają wakacje Islandczycy, to robią to dość skromnie, a przy tym najwyraźniej w sposób szalenie zdyscyplinowany. „Regulamin domu” zawieszony na ścianie nakazuje lokatorom między innymi myć okna i mopować podłogi pod rygorem kary w wysokości co najmniej 300 euro! Rzecz jasna, nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy tych zaleceń nie zignorowali :)

Wyruszając dalej na wschód wjeżdżamy już z powrotem w okolice mocno wulkaniczne. Obojgu nam przypadły do gusty zielone łąki Westfjordów i przeskok do niemal pustynnych krajobrazów nam się średnio podoba, zwłaszcza, że pogoda znowu się psuje – może nie jest dramatycznie zimno, ale chmur coraz więcej i zaczyna mocno wiać. Większych atrakcji dostarczają nam jeszcze okolice jeziora Mývatn. Samo jezioro jest odwiedzane przez ponad 100 gatunków ptaków, z czego gniazduje tu ponad 40, kilka nawet sami zauważyliśmy, jak pływały z pisklakami. Oprócz tego gdzie tylko nie spojrzeć dookoła tam tylko kratery i bulgoczące bajorka. Ruszamy więc dalej.

Jezioro Myvatn i okolice

Lake Myvatn

Westfjords i półwysep Hornstrandir

Przepełnieni jeszcze wrażeniami z poprzedniego dnia (własnoręcznie sprawiane przegrzebki, prom, rezerwa w baku, brak pokoju w hotelu, maskonury…) wyjeżdżamy w środę 6 lipca rano z Breiðavíku, wlokąc się 40 na godzinę (szutrowa droga pozwala na mniej więcej 50-60km/h), byleby tylko nie spalić za dużo paliwa. I udaje się – po godzinie zajeżdżamy na stację i tankujemy do pełna. Z lżejszym sercem możemy teraz przeprawić się z Patreksfjörður do Ísafjörður – jak sama nazwa wskazuje droga wiodła przez fiordy. I to po szutrowej drodze, która w deszczu robi się błotnista, więc stojąca w dwóch trzecich drogi stacja benzynowa z samoobsługową, darmową myjnią jest jak znalazł. A że obok jest kawiarnia Simbahollin, o której więcej w sekcji kulinarnej, to mieliśmy idealną przerwę w ponad 200-kilometrowej, prawie pięciogodzinnej podróży.

Jeszcze jedną atrakcją podróży po Westfjords są jednojezdniowe kilkumetrowe tunele. Tak, nie jednokierunkowe, ale jednojezdniowe. Ruch samochodowy w tej części Islandii jest tak mały, samochodów (poza sezonem) jak na lekarstwo, więc ktoś postanowił obniżyć koszty budowy i zbudować wąski tunel z mijankami co 300 metrów zamiast Wisłostrady. A jeden tunel ma nawet wewnątrz skrzyżowanie, można sobie skręcić w lewo i dojechać, też tunelem, do Suðureyri. My jednak przemy prosto do przodu, do Ísafjörður. To portowe miasteczko, widzimy tu najwięcej turystycznej infrastruktury od czasy wyjazdu z Reykjaviku. Ale nic dziwnego – to bardzo atrakcyjny region, dla nas (i dla 30 innych osób na jednej łodzi następnego dnia) punkt startowy do wycieczki do rezerwatu Hornstrandir.

To prawie że najbardziej na północ wysunięta część Islandii, jakieś dwdzieścia kilometrów poniżej koła podbiegunowego. Jeszcze 50 lat temu na półwyspie Hornstradir mieszkali ludzie – a nie było to łatwe życie biorąc pod uwagę surowe warunki. Klimat to jedno, ale trzydniowa wycieczka na potańcówkę to już gruba przesada:) Teraz nikt tu już tu na stałe nie mieszka, a w latach siedemdziesiątych teren ogłoszono rezerwatem. Obecnie cały ten liczący 30 na 20 kilometrów, przypominający mi kształtem embrion nosorożca, półwysep dostępny jest dla naukowców, wolontariuszy liczących lisy polarne, garstki turystów z namiotem i grup takich jak nasza, co tydzień przypływających na całodzienne wałęsanie się po tundrze. Po dwóch godzinach na łodzi ostatnie 200 metrów pokonujemy pontonami, bo zatoka jest płytka. I jesteśmy, oczywiście odłączamy się od razu od grupy, bo ludzie nawet w takich okolicznościach przyrody będą mleć ozorem zamiast się skupić, rozglądać na boki i cieszyć tym, co widać i słychać (z gniazd na 350-metrowych klifach). A widać akurat wyjątkowo dużo, przewodniczka mówi potem, że taka pogoda to wyjątek, pewnie z 12 stopni było i tylko częściowe zachmurzenie. Prognoza pogody na następny dzień obwieszcza 5 stopni i deszcz, więc naprawdę jesteśmy szczęściarzami. No, prawie szczęściarzami, bo ktoś widział arktycznego liska, a my nie – trudno, trzeba będzie jeszcze kiedyś tu wrócić!