Westfjords i półwysep Hornstrandir

Przepełnieni jeszcze wrażeniami z poprzedniego dnia (własnoręcznie sprawiane przegrzebki, prom, rezerwa w baku, brak pokoju w hotelu, maskonury…) wyjeżdżamy w środę 6 lipca rano z Breiðavíku, wlokąc się 40 na godzinę (szutrowa droga pozwala na mniej więcej 50-60km/h), byleby tylko nie spalić za dużo paliwa. I udaje się – po godzinie zajeżdżamy na stację i tankujemy do pełna. Z lżejszym sercem możemy teraz przeprawić się z Patreksfjörður do Ísafjörður – jak sama nazwa wskazuje droga wiodła przez fiordy. I to po szutrowej drodze, która w deszczu robi się błotnista, więc stojąca w dwóch trzecich drogi stacja benzynowa z samoobsługową, darmową myjnią jest jak znalazł. A że obok jest kawiarnia Simbahollin, o której więcej w sekcji kulinarnej, to mieliśmy idealną przerwę w ponad 200-kilometrowej, prawie pięciogodzinnej podróży.

Jeszcze jedną atrakcją podróży po Westfjords są jednojezdniowe kilkumetrowe tunele. Tak, nie jednokierunkowe, ale jednojezdniowe. Ruch samochodowy w tej części Islandii jest tak mały, samochodów (poza sezonem) jak na lekarstwo, więc ktoś postanowił obniżyć koszty budowy i zbudować wąski tunel z mijankami co 300 metrów zamiast Wisłostrady. A jeden tunel ma nawet wewnątrz skrzyżowanie, można sobie skręcić w lewo i dojechać, też tunelem, do Suðureyri. My jednak przemy prosto do przodu, do Ísafjörður. To portowe miasteczko, widzimy tu najwięcej turystycznej infrastruktury od czasy wyjazdu z Reykjaviku. Ale nic dziwnego – to bardzo atrakcyjny region, dla nas (i dla 30 innych osób na jednej łodzi następnego dnia) punkt startowy do wycieczki do rezerwatu Hornstrandir.

To prawie że najbardziej na północ wysunięta część Islandii, jakieś dwdzieścia kilometrów poniżej koła podbiegunowego. Jeszcze 50 lat temu na półwyspie Hornstradir mieszkali ludzie – a nie było to łatwe życie biorąc pod uwagę surowe warunki. Klimat to jedno, ale trzydniowa wycieczka na potańcówkę to już gruba przesada:) Teraz nikt tu już tu na stałe nie mieszka, a w latach siedemdziesiątych teren ogłoszono rezerwatem. Obecnie cały ten liczący 30 na 20 kilometrów, przypominający mi kształtem embrion nosorożca, półwysep dostępny jest dla naukowców, wolontariuszy liczących lisy polarne, garstki turystów z namiotem i grup takich jak nasza, co tydzień przypływających na całodzienne wałęsanie się po tundrze. Po dwóch godzinach na łodzi ostatnie 200 metrów pokonujemy pontonami, bo zatoka jest płytka. I jesteśmy, oczywiście odłączamy się od razu od grupy, bo ludzie nawet w takich okolicznościach przyrody będą mleć ozorem zamiast się skupić, rozglądać na boki i cieszyć tym, co widać i słychać (z gniazd na 350-metrowych klifach). A widać akurat wyjątkowo dużo, przewodniczka mówi potem, że taka pogoda to wyjątek, pewnie z 12 stopni było i tylko częściowe zachmurzenie. Prognoza pogody na następny dzień obwieszcza 5 stopni i deszcz, więc naprawdę jesteśmy szczęściarzami. No, prawie szczęściarzami, bo ktoś widział arktycznego liska, a my nie – trudno, trzeba będzie jeszcze kiedyś tu wrócić!

Kulinaria – Westfjords

Þingeyri – Simbahollin

Czasami podróżując trafia się na takie miejsca, w których nie sposób pozbyć się natrętnej myśli, żeby rzucić wszystko w diabły, wyjechać gdzieś i otworzyć coś podobnego. Simbahollin to właśnie takie miejsce. Jesteśmy we Fiordach Zachodnich – najdzikszej i najbardziej bezludnej części wybrzeża Islandii. W Þingeyri, czyli jak na tutejsze standardy prawie mieście (260 mieszkańców), stoi stuletni domek w charakterystycznym odcieniu żółtawej zieleni. Wchodzimy i trafiamy do innej rzeczywistości: przepyszna kawa, puszyste drożdżowe gofry z bitą śmietaną i domowym dżemem, a wieczorami tażin z jagnięciny. Okazuje się, że staranna renowacja tego uroczego budynku, kiedyś lokalnego sklepu, to dzieło pary właścicieli, którzy poznali się na wymianie studenckiej na Islandii i postanowili tu zostać. Teraz z dwójką dzieci i dwoma psami mieszkają na piętrze nad kawiarnią, organizują wydarzenia kulturalne, pełnią funkcję informacji turystycznej, i tak dalej. No i dlaczego jedni mają na tyle fantazji i odwagi, a inni tkwią dekadami w okowach korporacji?! Pytanie to pozostanie tu wszelako bez odpowiedzi, ponieważ rubryka kulinarna, a zwłaszcza tak poczytna, nie jest miejscem na pozakulinarne dywagacje prowadzące do frustracji, od której już prosta droga wiedzie do niestrawności.

Simbahollin

Ísafjörður – Tjöruhúsið

Isafjordur to największe miasto Fiordów Zachodnich, baza turystyczna, powiew metropolii na tym za… no, w tym mało zurbanizowanym regionie. Dwa i pół tysiąca ludzi w jednym miejscu! Szok. Tylko co by tu zjeść? Wybór jest w zasadzie prosty – nie sposób nie pójść do ekstremalnie turystycznej, ale przy tym jedynej w swoim rodzaju restauracji Tjoruhusid. W zabytkowym niskim domku z dwuspadowym dachem obowiązują zasady następujące: płaci się raz, a potem je w nieskończoność. Kucharze jak opętani wynoszą cały czas coraz to nowe rodzaje ryb. Policzki z dorsza, łosoś, morski sum, pstrąg, halibut, każdy przyrządzony na inny sposób w ogromnych patelniach, z innym sosem i dodatkami. Można oszaleć, bo nie sposób stamtąd wyjść, skoro cały czas chce się jeszcze spróbować jeszcze jeden, tym razem dwudziesty piąty kawałeczek. W restauracji nie ma w ogóle deserów – kiedyś mieli, ale i tak nikt ich nie zamawiał, bo nie mógł się już ruszać.

Za pierwszym nie byliśmy zbyt głodni, więc zjedliśmy tylko po misce treściwej zupy rybnej, do tego bagietkę i masło, a potem dolewki i dokładki. I nie policzono nam za to ani grosza, stwierdzając, że zjedliśmy tak mało, że nie ma za to nawet sensu wystawiać rachunku… Dlatego lojalnie wróciliśmy drugiego dnia i zjedliśmy pełnopłatny posiłek, co przypłaciliśmy skandalicznym objedzeniem i musieliśmy potem wolnym krokiem chodzić w kółko przed restauracją, żeby dojść do siebie, dzięki czemu zobaczyliśmy, że sąsiadujący z restauracją kolejny malutki parterowy domeczek jak z bajki to konsulat honorowy Danii. Takie rzeczy tylko na Islandii.

Skötufjörður – Litlibaer

Z Ísafjörður jedziemy dalej przez Fiordy Zachodnie. Szaro, zimno, mży, pusto, odległości samochodem są dziesięć razy dłuższe niż w linii prostej, bo ciągle objeżdża się kolejne fiordy – ten region wygląda trochę jak dłoń z rozłożonymi palcami. Ruchu samochodowego prawie nie ma. Zatrzymujemy się obejrzeć wylegujące się blisko brzegu foki – rozwalone jak odaliski wachlują się ogonami i rozglądają leniwym wielkopańskim spojrzeniem. Ponieważ jednak fok my akurat nie jadamy, wzmianka o nich w rubryce kulinarnej (poczytnej) służy wyłącznie przedstawieniu kontekstu kulturowego, a głównym celem tej notatki jest opisanie Litlibaer, znajdującego się nieopodal fok. Jest to stuletnia dawna farma, a właściwie minimalnych rozmiarów domeczek kryty darnią, w którym na 30 metrach kwadratowych mieszkało dawniej nawet dwadzieścia osób. Teraz jest to coś pomiędzy odrestaurowanym minimuzeum a kawiarnią prowadzoną przez starszą parę, która podaje nam straszliwą kawę (por. szerzej na temat kawy-pomyjów Umberto Eco „Jak używać piekielnego dzbanuszka” w „Zapiski na pudełku od zapałek”), ale za to wyborne gorące gofry, miseczkę domowego dżemu i – co u piszącej te słowa wywołuje szał radości – cały syfon śmietany do swobodnego użytku (dodajmy z przyzwoitości – wyłącznie spożywczego). Po nałożeniu na gofry jak najwyższego stożka bitej śmietany ograniczonego wyłącznie niskością sufitów biesiadujemy, a potem wychodzimy na zimną mżawkę i ruszamy dalej.

Hólmavík – Galdur

Na obiad zatrzymujemy się w muzeum czarów (sic!) w miejscowości Hólmavík, gdzie działa mała restauracja Galdur, zachwalana tu i ówdzie z racji wybornych podobno małży. Bierzemy po misce, ale bywało już lepiej i to dalej od morza, na przykład dawno temu w krakowskiej Farinie. Małże oczywiście świeże i liczne, ale jakieś łykowate i ponure. W dodatku musimy wychodzić czym prędzej, bo lokal opanowuje dziesięcioosobowa grupa naszych rodaków, z którymi okropnie nie mamy ochoty się zaprzyjaźniać, zwłaszcza że właśnie przystępują do hałaśliwej reorganizacji stołów w całym lokalu, nie zważając na protesty obsługi, a przy tym komentują wszystko na głos, tradycyjnie zapominając, że naprawdę ktoś jeszcze może ich rozumieć.

Kulinaria – w drodze do Fiordów Zachodnich

Hakarl

W zasadzie nie wiadomo, czy opisywanie tego delikatesu w dziale „Kulinaria” jest zasadne, bo jego jadalność jest w mojej ocenie co najmniej dyskusyjna. Niemniej jednak faktem jest, że na Islandii jada się mięso rekina polarnego. Nieprzetworzony jest on trujący, ale jak widać nawet to nie uchroniło go przed ludzką żarłocznością. Rekina mianowicie patroszy się, zakopuje na 2-3 miesiące w ziemi, żeby tam gruntownie sfermentował, a potem suszy. Dzięki temu procesowi robi się jadalny, a dodatkowo uzyskuje charakterystyczny zapach amoniaku i zaśmierdłej ryby. Z nas dwojga zjadł to tylko Homik, a sądząc po jego minie jest zasadne, że po sprostaniu temu wyzwaniu trzeba natychmiast wypić porcyjkę sznapsa.

Stykkisholmur – Narfeyrarstofa

Stykkisholmur to uroczy malutki kurort – dwie uliczki na krzyż, małe kolorowe drewniane domki, miniprzystań. Wszystko jest tam urocze i miniaturowe, i trochę na końcu świata. Za to zjeść, jak to na Islandii, można doprawdy godziwie, a zwłaszcza ryby z lokalnego połowu. Pierwszego dnia jedliśmy w restauracji Narfeyrarstofa. Śmietankowa zupa ze świeżutkich ryb i owoców morza doprawiana szafranem to poezja. Za to danie o nazwie „3 ryby” zawiera tylko 2 ryby i 1 (jedną!) krewetkę. Nauczeni doświadczeniem grzecznie interweniujemy. Rezultat – przeprosiny i deser gratis. Deser to rewelacja, co tu zresztą częste – krem ze skyru, czyli czegoś w rodzaju bardzo gęstego jogurtu albo kremowego serka, przybrany czerwonymi owocami i dużą ilością kruszonych pistacji. Pobyt na Islandii pozwala zrozumieć, że deser wcale nie musi zawierać czekolady, żeby był pyszny.

Stykkisholmur – Sjavarpakkhusid

W Stykkisholmur jesteśmy dwa dni, więc drugiego dnia eksplorujemy drugą restaurację – Sjavarpakkhusid. Jest równie dobrze co w pierwszej, to już robi się nie do zniesienia, wrócimy ze dwa kilo grubsi! No ale co robić – prowadzenie poczytnej rubryki kulinarnej wymaga wyrzeczeń. Repertuar jest na Islandii często podobny, więc z konieczności musimy się powtarzać – znowu zupa rybna, znowu plokkfiskur, ale za to deser wysuwa się na prowadzenie. Godziwych rozmiarów pucharek puszystego skyru, w którym chyba sprytnie przemycono sporo bitej śmietany, a do tego warstwa karmelizowanego rabarbaru. Te desery to tutaj właściwie prawie dania, ale już nauczyliśmy się, że nie warto zamawiać zwykle małych i drogich przystawek, za to warto zostawić sobie miejsce na deser.

Śniadanie w Egilsen

W Stykkisholmur mieszkamy w bardzo przytulnym hotelu Egilsen, to nasz jak dotąd najbardziej luksusowy nocleg, mamy nawet własną łazienkę, a to tutaj wcale nie takie znowu częste. W hotelu jest też bardzo smakowite śniadanie: domowej produkcji granola z naturalnym jogurtem, jajecznica, wędzony łosoś, owocowe smoothie chyba z bananów, truskawek i pomarańczy. Tylko sery są jak zwykle dramatyczne – jakość jak plasterkowanych wyrobów seropodobnych z supermarketu. Zauważyliśmy, że to tutaj częste. Jeśli dobrze rozumiem, do niedawna produkcja sera była zuniformizowana w całym kraju, ale podobno pojawiają się już jakieś jaskółki odrodzenia serowarstwa. W czasie całego wyjazdu nie udało się nam jednak trafić na żaden rzemieślniczy islandzki ser, w tym na żaden ser z owczego mleka, chociaż go intensywnie wypatrywaliśmy.

Droga do Westfjords

Opuszczając ostatecznie Reykjavik i jego okolice kierujemy się stopniowo na północ, i trochę na zachód. Westfjords nie leżą przy drodze nr 1, więc są mniej uczęszczane w sezonie letnim, a poza tym mają chyba najmniej wulkaniczny charakter ze wszystkich regionów Islandii – a my nie lubimy wulkanów, za to lubimy jak jest zielono. Stąd postanowiliśmy spędzić najwięcej czasu właśnie w tej części wyspy.

Każdy może zobaczyć na mapie Islandii, że jest to kraj o bardzo pofiordowanej linii brzegowej. Prowadzenie dróg wzdłuż linii brzegowej ma sens o tyle, że pozostaje się blisko morza i nie trzeba wjeżdżać na góry rozdzielające fiordy. Z drugiej strony ciągłe objeżdżanie głęboko wcinających się w ląd zatok sprawia, że nieraz trzeba pokonać 100 kilometrów, by dostać się do miejsca odległego w linii prostej o 20-30 kilometrów. Na szczęście w bardziej zaludnionych i uczęszczanych regionach z pomocą przychodzą tunele skracając znacząco dystans. I tak właśnie jest na początku naszej trasy, między Reykjavikiem a Borgarnes. Kilkukilometrowy tunel w poprzek fiordu pozwala zaoszczędzić ponad 80 kilometrów i co najmniej godzinę jazdy. Dzięki niemu szybciej opuszczamy jako-tako zagospodarowane rolniczo tereny (na Islandii 1% terenu jest uprawiane, a kolejnych kilkanaście procent służy jako pastwiska) i dojeżdżamy do półwyspu Snæfellsnes. Tu już robi się dziko – mierząca 1500 metrów wulkaniczna góra przykryta jest lodowcem, a zastygłe strumienie lawy ledwo są porośnięte mchem. Idylliczne – wydawałoby się – łąki kończą się nagle kilkudziesięciometrowymi klifami, więc trzeba uważać, żeby się za bardzo nie rozglądać na boki. Prawdopodobnie ze względu na relatywną bliskość Reykjaviku te tereny to popularne (jak na tutejszą skalę) miejsce na letniska. Ale tak czy inaczej nawet w sezonie tłumów nie należy się spodziewać.

Snæfellsjökull

Gdzieś po drodze reklamuje się suszarnia rekinów, więc robimy 30-kilometrowy detour, by doświadczyć po raz pierwszy czegoś, co jest mieszanką PGR-u i Nowej Zelandii. W pięknej przyrodzie, ładnym słońcu podkreślającym zwłaszcza kolory zielony i niebieski, stoją nieco zapuszczone gospodarstwa, baraki, magazyny w kontenerach, zdezelowane maszyny rolnicze i zapakowane w foliowe wałki siano. W największym budynku dość makabryczna kolekcja tutejszej fauny, zakonserwowanej rzecz jasna. W gablocie starannie wyjęte z rekinich żołądków eksponaty, z których największe wrażenie (wielkością) robiła łapa niedźwiedzia polarnego… Na rekiny dawniej się polowało, teraz czasem jakiś zaplącze się w sieci rybackie i tak z portu trafia do wytwórni i muzeum hakarlu. Tutaj rekina się sprawia, mięso odkłada w skrzynkach na parę tygodni, aby przefermentowało, a potem suszy. Końcowy etap tej specyficznej obróbki kroi się w kostki i podaje do przegryzienia amatorom brennivinu, czyli islandzkiego akvavitu. Niepowtarzalny smak śmierdzącej ryby i amoniaku pozostaje w ustach na kilkanaście godzin, a w głowie niestety na dłużej. Warto wspomnieć, że na surowo mięso grenlandzkiego rekina jest trujące, więc i tak w procesie produkcyjnym osiągnięto pewien postęp.

Suszący się hakarl

Na szczęście niedaleko już było do superuroczego Stykkishólmur. Spacery po tym małym portowym miasteczku pozwoliły zapomnieć o rekinach. Ale to pewnie do sieci tutejszych rybaków rekiny wpadają, a potem kończą jako przekąska do wódki. Na szczęście przeważają inne ryby, bardziej strawne dla naszego podniebienia. Są też skorupiaki, w szczególności pyszne przegrzebki. Największą atrakcją rejsu po zatoce jest dla nas nie oglądanie bazaltowych skał i gnieżdżących się na nich mew, ale właśnie owoce morza. Zarzucone na chwilę sieci wynurzają się po chwili pełne przegrzebków i jeżowców. O ile z tymi pierwszymi z odrobiną wprawy można sobie z łatwością poradzić, to wyjedzenie ikry z jeżowca jest trudniejsze. I w sumie wcale nie wiem, czy aż takie przyjemne.

Port w Stykkishólmur

Ze Stykkishólmur promem przeprawiamy się przez morze, po dwóch godzinach przybijając na chwilę do zamieszkałej przez kilka rodzin wyspy Flatey, a po kolejnych 90 minutach do północnego brzegu zatoki. Stąd już tylko półtorej godziny do Breiðavíku, najbardziej na zachód wysuniętego miejsca na Islandii. Ostatnie 40 kilometrów to już droga szutrowa, ślepa, przy wjeździe na którą stoi znak informujący o braku stacji benzynowych. Rzut oka na wskaźnik zapełnienia baku – jest na styk. Poruszając się po bardziej zaludnionej dotąd części Islandii zapomnieliśmy o zasadzie znanej z Namibii – tankować do pełna na każdej napotkanej stacji benzynowej. No nic, będzie stres do samego końca.

Zaczęło się od razu jak dojechaliśmy do samego Breiðavíku. Tamtejszy guesthouse to jedyna opcja noclegowa na przestrzeni 50 kilometrów, poza polami namiotowymi rzecz jasna. A na Islandii wszystkie miejsca do spania w sezonie są zarezerwowane z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. My też oczywiście rezerwowaliśmy dużo wcześniej, ale jak przyjechaliśmy po 20.00, to okazało się, że naszego pokoju nie ma, jest za to jakiś inny, gorszy. Niezbyt nam to w smak, co za pewne widać po minach, więc dostajemy kolejne „sweetenery” – niższa cena, kolacja za darmo, w końcu oferta ostateczna – nie musimy płacić za nocleg. Czemu nie, w sumie. Przystajemy na tę propozycję.

Jeszcze kilkanaście kilometrów za Breiðavíkiem, na samym końcu Islandii, jest Látrabjarg, główny powód, dla którego ludzie przyjeżdżają aż tu. Kilkusetmetrowe klify to najłatwiej dostępny, jeden z największych terenów lęgowych maskonurów, najbardziej charakterystycznych ptaków Islandii. Są też przypominające pingwiny alki – prawie połowa ich globalnej populacji. Ale to maskonury są największą atrakcją, nie robią sobie nic z ludzi, przechadzają się po krawędzi klifu, więc ostrożnie można podpełznąć nawet na metr – półtora. Spędziliśmy chyba z godzinę leżąc na trawie i korzystając ze świetnego światła – dochodziła właśne jedenasta wieczorem. Do zachodu słońca mieliśmy jeszcze godzinę.

Maskonur

Maskonury i alki

Zamyślony maskonur